Zaraza

Obiegowa opinia głosi, że mężczyzna winien być twardy.

Taki, co to jest samcem alfa- pracuje, zarabia, komu trzeba da w mordę, a przy tym wygląda jak umięśniony milion dolarów. Personalnie, uważam, że temu, który ukuł powyższe powiedzenie wcale nie chodziło o aż tak posuniętą życiowo bezkompromisowość, któż bowiem mógłby sprostać aż tak wyśrubowanym wymaganiom? Ten co miał pieniądze rzadko bywał ładny, a ślicznym biedakom nic z ich urody nie przychodziło, poza może obolałą dupą i zwichniętym sumieniem. Długo nad tym myślałem i wymyśliłem. Tu zwyczajnie chodzi o chuja, ni mniej ni więcej. Facet może być jaki chce, ale jeśli jeśli nie jest twardy na dole, to jest po prostu jednym wielkim złamasem. Seks to gigantyczne misterium i tu facet staje (dosłownie!), przed największym życiowym wyzwaniem. Jebanie się to nie szachy i nie będzie braw jeśli skończysz w trzech ruchach.

W młodości chuj chce ci wybić zęby. Potem upodabnia się do kompasu, takiego co to kapryśnie i z wielkim wahaniem wyszukuje północy (i tylko wtedy działa). Na koniec spuszczasz się na własne kapcie, ciesząc się jak dziecko, że jeszcze cokolwiek z niego wylatuje.

W pewnym wieku seks jest jak rozpaczliwa walka morskiego rozbitka- jeśli nie dostosujesz sił do zamiarów, to idziesz na dno i nikt nie będzie po tobie płakał.

Tym dziwniejsze było to, czego właśnie doświadczałem.

Stałem przy kasie na stacji Orlen, a w moich spodniach nie było już miejsca nawet na odrobinę nadziei.

- Kawa latte, dwa razy batonik 3Bit, hot-dog, guma Orbit i paliwo z trójki… Płaci pan 215 zł i 76 groszy. Karta czy gotówka?- pani z obsługi przeciągnęła po mnie wzrokiem i sprzedała wymęczony uśmiech- Jeśli zbiera pan punkty to dziś jest promocja za płatność kartą Visa. Gdyby pan taką zapłacił, dorzuciłabym od firmy drugiego hot-doga gratis.

Sytuacja była krytyczna. Chuj sięgał mi już do lewej kieszeni, zupełnie tak, jakby chciał wyjąć portfel i zapłacić co tam byłem winny.

-Eeee…- zawiesiłem się na moment, bo chwilowo odebrało mi rozum.

Zawsze tak mam jak mi staje. Przestaję logicznie myśleć. Cała krew z mózgu odpływa mi do wiadomego miejsca i na moment staję się jedną wielką śliniącą się kukłą, której jedynym marzeniem i celem jest to, by upchnąć gdzieś swój kłopot.

Ale jak zrobić to na Orlenie, kiedy musisz odebrać hot-doga i dodatkowo zrobić sobie kawę?

- Mam do pani prośbę…- wydukałem, niczym człowiek z ustami pełnymi suchego piasku- Proszę mi to wszystko odłożyć na bok i może zrobić kawę… Mam pilny telefon, zaraz wracam.

Spierdoliłem do łazienki i zaryglowałem drzwi. W życiu to ja szczęścia za bardzo nie miałem, ale to był ewidentnie jeden z tych momentów- czułem ogromne, wszechogarniające podniecenie, które rozlało się po moich żyłach tak, jak oliwa rozlewa się po świeżo wyfroterowanej podłodze. Cicho, słodko i leniwie. I po czym mój Boże? Po czym? Po zatankowaniu wysokooktanowej benzyny? Widocznie byłem strasznym zboczeńcem.

Drżącą ręką wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem tam, gdzie w takich wypadkach się dzwoni. Do własnej żony.

- No co tam się dzieje? Jesteś w pracy, czy już wyszedłeś? Jeśli tak, to nie zapomnij kupić Vanisha do białego. Koniecznie w płynie; proszek mnie nie interesuje- powiedział Widerson, który odebrał już po pierwszym dzwonku.

Chuj rósł mi w takim tempie, jakby zrobiono go z drożdżowego ciasta i postawiono na babcinym zapiecku. Eksplozja była już kwestią minut.

- Wojtek- wydyszałem w czeluście HTC- Ty nie wiesz co się stało. Doznałem ciężkiego przypadku wzwodu, a coś czuję, że jest to jeden z tych wzwodów, które nie przejdą bezinwazyjnie…I wyobraź sobie, że jestem w publicznym kiblu i nie wiem co robić. Strach do ludzi wyjść, bo jeszcze policję zawołają… Co mam robić?- zapytałem jak sztubak, ze sztubacką nadzieją na to, że ktoś za mnie rozwiąże problem- Czekać aż minie?

W słuchawce zapadła cisza, co niezbyt dobrze wróżyło ogółowi.

- Ciężki przypadek wzwodu?- Wojciech zacytował waszego uniżonego sługę- Ty to w ogóle jesteś ciężki przypadek. Co ty mi za bzdury opowiadasz kiedy ja jestem zajęty pracą? Normalnie stamtąd wyjdź idź do samochodu i jedź do domu; dobrze wiesz, że za chwile ci przejdzie. Na twoim miejscu jednak nie zapominałbym o Vanishu, bo to jedyny twój obowiązek na dzień dzisiejszy. A znając ciebie i twój poziom umysłowy, to bym się wcale nie zdziwił gdybyś w tym szalecie zaczął się onanizować. Akurat po tobie spodziewam się wszystkiego co najgłupsze!

I było po rozmowie.

Nie żałowałem jednak, że zadzwoniłem, bo oto Wojciech mnie zainspirował. Jak mogłem zapomnieć o czymś tak prostym? Masturbacja- to było to! Pomęczę się chwilę i będzie po sprawie. Potem pojadę se do sklepu, kupię mu ten Vanish i będzie po wszystkim. Obie strony będą zadowolone. A ja to już na pewno.

Poluzowałem pasek i sięgnąłem dłonią wewnątrz spodni.

Pierwszym co poczułem był wszechogarniający gorąc- kto by pomyślał, że tak kosmiczną temperaturę można osiągnąć we własnych majtkach. Gdyby w tamtym momencie podpięto mnie pod miejską elektrociepłownię, zapewniłbym gorącą wodę dla połowy krakowskiego śródmieścia. Ująłem się w dłoń i przymknąłem oczy. Powiedzieć, że będę miał pełne ręce roboty było mało- to był jakiś przełom, krytyczny wyjątek, na który ewidentnie w tamtym momencie nie byłem przygotowany. Spodnie opadły mi na kostki, a prawą ręką podparłem się wprost o umywalkę.

Prawą, jak to mańkut.

Żeby jednak cała operacja odniosła skutek i można było odtrąbić sukces, był mi potrzebny konkretny obiekt, o który mógłbym zaczepić swoje zboczone myśli. I ja takowy obiekt posiadałem, i to od lat. Był nim nieżyjący już aktor, Paul Walker, który w moim mniemaniu był jednym z najprzystojniejszych mężczyzn na świecie. Nie dość więc, że miałem zamiar oddać się zgnitemu i zaprzałemu grzechowi Onana, to na dodatek zmierzałem wprost ku nekrofilii, co w połączeniu z byciem pedałem, stawiało mnie na samym końcu kolejki do chrystusowej bramy. Czy to jednak było aż tak istotne?

Jeśli już miałem wywoływać ducha, to niech przynajmniej ten duch mi obciągnie. Jemu i tak jest już wszystko jedno.

Zmrużyłem oczy i zobaczyłem. Zobaczyłem jak podchodzi do mnie, ubrany jedynie w krótkie szorty i tenisówki. Klęknął przede mną i przyłożył głowę do mojego brzucha, muskając rozpaloną skórę swoimi rzęsami. Czułem jego oddech, czułem nadciągającą i wszechogarniającą rozkosz. Tak jak spieniona fala porywa niedoświadczonego surfera, tak namiętność porwała mnie, i nie bacząc na okoliczności, rzuciła na wystające skalne rafy.

To było to! Jeszcze trzy ruchy i…

- Halo! Co tam się dzieje!- głośna łomotanina w drzwi chwilowo przywróciła mnie światu- Co pan tak długo tam siedzi? Przecież inni czekają, a męska jest tylko jedna!

Miał facet szczęście, że nie widział mnie w tamtej chwili. Gdyby zobaczył, wątpię by jeszcze kiedykolwiek zdecydował się na samotny wypad na miasto.

Skoncentrowałem się ponownie. Przez moment bałem się, że Paul odszedł, ale ciągle tu był. Znów zrobił to samo i znów to poczułem. Tym razem byłem już tak podjarany, że na efekty nie trzeba było długo czekać.

-Boże!- krzyknąłem i przygryzłem sobie wargi- Tak! Tak! Tak! To niesamowite, niesamowite…Nareszcie…

Było po wszystkim, a ja byłem wolny.

Otwarłem oczy, a jak otwarłem to pożałowałem, że to zrobiłem.

-O kurwa jasna- wyrwało mi się mimowolnie- Matko przenajświętsza, i co teraz?

Umywalka stanowiła obraz nędzy i rozpaczy. Ja wiedziałem, czułem, że będzie to wyjątkowa erupcja, ale nie wiedziałem, że aż tak spektakularna. Cała umywalka była zapryskana, ale nie to w sumie było najgorsze. Kumulacja znajdywała się na dozowniku mydła- całość zmieszała się z kapiącym smętnie mydłem w płynie, zupełnie nie odróżniając się od niego kolorem. Nie było za bardzo jak włączyć wody, bo i z kranu zwisał pojedyńczy glut- żywa pamiątka po wizycie z zaświatów.

Złapałem kawałek papieru i byle jak wytarłem ręce. Podciągnąłem spodnie, rozejrzałem się na boki i otworzyłem drzwi- tylko po to, by zostać opierdolonym.

- Panie, na miłość boską!- powiedział stu kilowy typ w siateczkowej podkoszulce- Inni też chcą skorzystać, a pan myślisz, że to pana własność! Weź się pan odsuń, bo czekałem kwadrans i nie zamierzam ani minuty dłużej!

Po krótkiej wizycie w kasie wyszedłem na dwór i oparłem się o bok swojego samochodu. Hot- dog wystygł całkowicie, ale mnie to nie przeszkadzało- czułem ten rodzaj zadowolenia, jaki dotyka człowieka po wyjątkowo udanym seksie. Mogłem w tej chwili żuć starego trampka, a i tak byłbym zadowolony.

- Przepraszam, że tak na pana naskoczyłem, ale w pracy jestem i trochę mi się spieszy- dziad kiblowy wyrósł jak spod ziemi i stanął wprost przed moim nosem- Tirem jadę,a  jak już się zatrzymam, to wypada się trochę odświeżyć. Człowiek umyje twarz, ręce i od razu mu lepiej!

Gdyby wiedział czym się odświeżył, to do końca swoich dni nie wyszedłby z psychiatryka.

Dom przywitał mnie zapachem rosołu i kwileniem niespełna półrocznego dziecka. Wojtka jeszcze nie było, ale nie żałowałem- bardzo rzadko zdarzało mi się być samemu, a jak już byłem to lubiłem korzystać. W planach miałem jedzenie, słuchanie muzyki, granie na komputerze, a może i małą drzemkę- pod tym względem nie różniłem się niczym od Flo. I on i ja, lubiliśmy sobie ucinać popołudniowe drzemki, a parokrotnie robiliśmy to nawet w jednym łóżku.

Plany miałem wielkie, ale z takich planów niewiele zwykle wychodzi. Nie inaczej było tym razem.

Poczułem się źle. Z minuty na minutę coraz gorzej- zamiast zjeść podany przez Kryśkę rosół, jedynie grzebałem w talerzu, przeganiając łyżką marchewkowe wiórki. Nagle wszystko zaczęło mnie razić- wpadające przez okienne żaluzje słońce, gaworzenie dziecka, brzęk muchy. Te dźwięki były nie do zniesienia, więc przeniosłem się do sypialni, gdzie zasunąłem rolety i padłem jak stałem na łóżko.

Kiedy wrócił Widerson, było ze mną już bardzo źle.

- Czy ty masz mi coś do powiedzenia?- zamknął drzwi i stanął vis-a-vis łóżka- Bo wydaje mi się, że chyba tak.

Musiał od jakiegoś czasu być w domu, a mówiło mi o tym jego ubranie. Szorty, podkoszulek- Wojtek nigdy nie wyszedłby tak ubrany do pracy. Widocznie spałem kiedy przyjechał, a na zewnątrz musiał panować już wieczór.

- Czy mam ci coś do powiedzenia?- zamrugałem nieprzytomnie oczami, próbując złapać ostrość widzenia- W sumie to chyba tak. Chciałem ci powiedzieć byś nigdy, pod żadnym pozorem, nie mył rąk na stacji benzynowej na Orlenie. To chyba wszystko.

Lekkie warknięcie przeleciało po pokoju. Tak samo warknąłby bezdomny pies, któremu ktoś chciałby odebrać cudem zdobytego gnata.

- Gdzie Vanish? Sprawdzałem w łazience, twoim samochodzie i pralni. I wiesz co? Nie ma. I jeśli nie masz na to logicznego wytłumaczenia, to spotka cię stosowna kara. Marek?- podszedł do mnie i pochylił twarz, a ja zobaczyłem w jego oczach prawdziwą troskę- Boże, ty jesteś rozpalony! Brałeś coś, jakieś leki? Trzeba zmierzyć, a potem zbić temperaturę. Co ci jest? Co cię boli? Mareczku? Powiedz kochanie, a ja się zaraz tobą zajmę.

Byłem już bardzo, ale to bardzo chory. Zaraza rozwinęła się we mnie w niespełna pięć godzin, co tylko wydawało świadectwo jej zjadliwości.

- To AIDS, Widerson- wyszeptałem wyschniętymi na wiór ustami- Zaraziłeś mnie, to masz. Jeszcze w południe czułem się dobrze, a teraz widzisz co jest. Daj mi kartkę i długopis; będę pisał testament. Ty oczywiście dostaniesz wszystko, ale parę rzeczy chcę przekazać najbliższym, a ty powinieneś mi to udostępnić.

Wojciech wstał, odsunął roletę i wzruszył ramionami jak człowiek, któremu na niczym już nie zależy.

-Jeśli cokolwiek ci dolega, to głupota- położył mi dłoń na czole, ale zaraz ją cofnął- Nie masz żadnego AIDS, za to ci ręczę. Powiedz mi- zmrużył oczy, co upodobniło go do polującego pytona- Co ty dzisiaj jadłeś? Czego się nażarłeś na mieście? Lazania? Hamburger? Pizza? Nie od dziś wiem, że jak się zatrujesz, to przechodzisz to z gorączką! A testament? A pisz sobie, proszę bardzo. Kartki i długopis są w szafce przy łóżku, od mojej strony. I wiesz co? Robiłem ostatnio porządki i mam takie pudełko, pełne rzeczy w sam raz do zapisania twoim odmóżdżonym kolesiom. Pójdę i je przyniosę, a ty przynajmniej będziesz miał zajęcie.

Poszedł, a ja sięgnąłem po przybory do pisania.

Nadchodził koniec, co wyczuwałem każdym poranionym przez chorobę nerwem.

Testament był jedyną rzeczą, której musiałem jeszcze dopełnić.

 

 

Noc Żywych Trupów

Wnętrze szpitala specjalistycznego w Krakowie było skąpane w sierpniowym słońcu.

Pomimo dość późnej pory i działającej jako tako klimatyzacji, temperatura utrzymywała się na wysokim, wręcz modelowym poziomie 25, a może i 27 stopni Celsjusza, co źle wróżyło przechowywanemu w lodówce żarciu i dogorywającym w poszczególnych salach pacjentom. Z jakichś maksymalnie tajemniczych powodów, chorzy na serce ludzie fatalnie znosili okres kanikuły, a dla wielu panujący na zewnątrz i w środku gorąc stanowił autostradę do nieba. Taką bez opłat, bez bramek i bez pierdolonych fotoradarów.

Było nieco po 17-tej, a ja właśnie skończyłem dzień pracy. Ociągałem się jednak z wyjściem i miałem ku temu dwa dobre powody. Pierwszy z nich był taki, że tym dniem był piątek- dzień mojej śmiertelnej metamorfozy, podczas której z człowieka zdrowego miałem przeistoczyć się w zarażone wirusem zombie. Drugim powodem był czerwony kubeczek z czarnym napisem pośrodku.

I właśnie kubeczek spowodował to, że byłem gdzie byłem.

-Panowie!- odezwałem się do zgromadzonych w pokoju lekarzy delikwentów- Mam wam coś do powiedzenia i chcę byście to potraktowali poważnie.

Wspomniani „panowie” z trudem podnieśli głowy, otumanieni panującym dookoła upałem i masą niepotrzebnych nikomu myśli. Wszystkich było ośmioro, nie licząc waszego uniżonego sługi, a zebrali się tu w oczekiwaniu na zabieg, który w niedługim czasie miał się rozpocząć. Oczekiwali na serce, które dzięki ich sprawnym dłoniom miało znaleźć się w klatce piersiowej 32-letniej kobiety, która w wyniku poporodowej kardiomiopatii straciła jakiekolwiek szanse na dalszą samodzielną  egzystencję.

- Słuchacie mnie?- podniosłem głowę i obrzuciłem ich wzrokiem- To bardzo jestem rad, bo jest to sprawa niecierpiąca zwłoki.

Nikt się nie odezwał.

Myliłby się ten, który uznałby, że nie odezwali się, bo kontemplowali skrypty i wyniki badań, przygotowując się do jakże ważnej i niebezpiecznej operacji. Z doświadczenia wiedziałem, że jedynymi ludźmi, którzy denerwują się przed zabiegiem jest pacjent i jego rodzina. Być może denerwowała się również rodzina dawcy organu, ale ci to już z nieco innych powodów. Lekarza jako takiego nie interesował specjalnie ani sam zabieg, ani nawet jego wynik.

Nie na darmo przed operacją lekarz zawsze umywa ręce.

Najbardziej spiętymi i zdenerwowanymi wydawali się być ci, którzy mieli zostać w odwodzie- Pawełek i Andrzej. Wyraźnie denerwował się też Michałek, młody stażysta, który na czynny udział w boju nie miał zgoła najmniejszych szans.

Ci, którzy mieli uderzać jako pierwsi i stanąć za stołem, wyglądali na spokojnych, ba, znudzonych nawet. Krzysztof, jeden z weteranów kardiochirurgii, ziewał. Naczyniowiec Piotr dłubał małym palcem w uchu i co rusz oglądał palec, jakby naprawdę spodziewał się znaleźć na nim coś wartego uwagi. Łukaszek, pośledni kardiolog, pogwizdywał cicho, utkwiwszy wzrok w sobie tylko wiadomym punkcie horyzontu. Marcin, kolejny ze stajni kardiochirurgów, grzebał w telefonie z miną zatroskanego do granic mopsa. Krzysztof, psycholog z bożej łaski, który zresztą chuj wie po co się tu zaplątał, drapał się w kark końcówką długopisu.

- Widzicie koledzy ten kubek?- uniosłem w rękę w górę, prezentując im to krasne cudo- Czy któryś mi powie co jest na nim napisane?

Nareszcie zdobyłem ich uwagę, bo jak jeden mąż odwrócili łby. Może myśleli, że to jakiś konkurs?

- Na kubku napisane jest „Marek”- zawołał Michałek-stażysta, udowadniając tym samym, że ludzie po nowej maturze potrafią czytać- Ale co to może znaczyć? Tego już nie wiem.

Co może znaczyć gdy Marek trzyma kubek z napisem „Marek”? No kurwa, trzecia tajemnica fatimska.

- To znaczy mniej więcej tyle, że od jutra tylko mnie wolno pić z tego kubka i nikomu innemu. Znając wasze pomylenie i poważny stopień upośledzenia umysłowego, ułatwiłem wam sprawę o tyle, że nie powinniście się już mylić. Tylko ja jestem Marek i tylko do mnie on należy- wpatrywali się we mnie jak szpak w pizdę i dałbym se rękę przy samej dupie uciąć, że chuja zrozumieli- Dalej nie kumacie? To powiem tak: kto licząc od dnia jutrzejszego złamie zakaz i użyje mojego kubeczka, w przeciągu roku zginie straszną śmiercią. Wspomnicie moje słowo. Jak chcecie wąchać kwiatki od spodu, to pijta se ile chceta, ale nie mówcie, że was nie ostrzegałem.

Choć pod względem formalnym bez wątpienia stanowili lekarską elitę Krakowa, to pod względem umysłowym wyprzedzał ich każdy absolwent szkoły zawodowej. Gapili się na mnie tak ciężkim wzrokiem, że prawie słyszałem jak przeskakują zapadki w ich tępych mózgach.

-Moja kochanka miała taki kubek- pochwalił się chuj wie po co Łukaszek, picer, lancer i dupcyngier- Pisało na nim „Jestem Magda i mam największe cycki”, ale to nie była prawda. Cycki jak cycki; taka sobie przeciętność. To co było w niej wyjątkowego to cipa, ale tego chyba na kubkach nie drukują.

Oto morale umysłowej elity. Po cóż się męczyłem i próbowałem uchronić tę niesłychaną hołotę przed niechybnym zarażeniem? Jak świat światem, odkąd robiłem w tym miejscu, wszyscy nagminnie kradli swoje szklanki i pili jak leciało; ci ludzie nie znali prawa własności, a reguły panowały tu gorsze niż w więzieniu. Co twoje to moje- to była jedyna zasada jaką wyznawali. Ja z kolei nigdy po sobie nie zmywałem, bo już moja świętej pamięci matka mawiała, że nie do tego zostałem stworzony, a skoro nie zmywałem, a oni kradli kubki, musieli więc wiedzieć, że jak obliżą to pretensje mogą wnosić już tylko do Świętego Piotra.

Jeśli społeczeństwo jest jak ul, to oni byli tylko kolejnymi trutniami.

- Cipa, mówisz?- zareagowałem uprzejmie, głównie po to, by mieć ostatnie zdanie-  Cóż w niej było takiego wyjątkowego? Wyciągała z niej króliki, czy jak? A tak w ogóle, to pozdrów żonę. W którym jest miesiącu? Ósmym? Spadam panowie- odstawiłem kubek, który wiedziałem, że jeszcze dziś będzie przez nich używany i chwyciłem za teczkę- Powodzenia przy operacji i niech któryś zadzwoni do serwisu klimatyzacji i zgłosi awarię. Au revoir!

Jadąc do domu poczułem się dużo lepiej. Główną rolę odgrywała tu zapewne sprawnie działająca klima. Nie było się co dziwić- auto miało niecały rok czasu, cóż więc miało nie działać. Klimatyzacja była tak zimna jak nieboszczka, za której ubezpieczenie kupiłem to auto. Była to wątpliwa rekompensata poniesionych w wyniku wypadku kosztów, ale zawsze jakieś pocieszenie. Bywało, że sprzedawałem solidnego kopa wprost w lśniącą, aluminiową felgę, nazywając ją Pauliną.

Samochodu kupionego za jej skórkę nienawidziłem i kochałem jednocześnie, czyli tak jak ją samą.

Zamiast jechać prosto do domu pojechałem na stację benzynową, choć zupełnie nie miałem takiej potrzeby. Chodziło mi o zmitrężenie czasu- odsunięcie od siebie tego, co nieuniknione. Spojrzałem na rękę- zegar wskazywał 17.40, miałem więc niecałą godzinę na dojazd do domu i uczestnictwo w śmiertelnie romantycznej kolacji, którą szykował dla mnie Widerson. On był zdrowy, ja chory, co w jego mniemaniu było skandalicznym niedopatrzeniem, które należało naprawić. A skoro jego przypadłości nie dało się wyleczyć, to ja miałem być tym, który równa ku dołowi. I to dosłownie, ku dołowi.

A ja kochałem. Szczerze, mocno i głęboko kochałem, dlatego na wszystko się godziłem.

Dom przywitał mnie przyjemną, zrównoważoną temperaturą. Tu również klimatyzacja spisywała się na medal, nie mogło zresztą być inaczej. Dla Widersona pocenie się było passé i ja jak żyję nie widziałem na nim jednej kropli potu, a jeśli już, to musiało to być coś co skapnęło ze mnie, gdy byłem na górze.

Najlepszym przyjacielem Wojciecha był prokurator, a zaraz za nim antyperspirant w kulce.

Zdjąłem buty, odłożyłem teczkę i przeszedłem wprost do salonu.

Stół był już zastawiony, a talerze i sztućce lśniły czystością. Zachodzące słońce składało błyszczące pocałunki na kryształowych kieliszkach o wymyślnym kształcie, które pierwszy raz widziałem na oczy. Podszedłem bliżej i ująłem kielich w dłoń- był ciężki. Zaskakująco ciężki jak na coś zrobionego z tak kruchego materiału.

-To do wina- odezwał się za moimi plecami- Zasadniczo nie piję, ale przy takiej okazji nie sposób tego jakoś nie uczcić i pomyślałem sobie, że wino będzie najlepsze. Z pewnością mniej pretensjonalne niż szampan.

Odwróciłem się i spojrzałem wprost w jego oczy.

Doktor Wojciech, uchodzący- nie bez podstaw- za jednego z najprzystojniejszych lekarzy w Krakowie, wyglądał iście modelowo. Na pikniku dla modeli nie rzucałby się w oczy i nie byłby do zidentyfikowania jako ktoś spoza branży. Ubrany był w lekkie szorty w kolorze nienachalnej bieli i zielonkawą podkoszulkę, która pysznie licowała z jego niedawno ufarbowanymi, rudymi włosami. Całość ubioru wieńczył pasek ze skóry, którą w mękach zdarto z bogu ducha winnego aligatora. Na idealnie wypielęgnowanych stopach miał czarne japonki, a na lewym przegubie zegarek firmy Patek, który wart był więcej niż życie stu murzyńskich wiosek.

Był piękny i doskonale o tym wiedział. Był równie ładny, co neurotyczny. Typ obsesyjno-kompulsywny. Gdyby wystąpił w konkursie piękności, obrzygałby sobie cały kostium kąpielowy.

-Cieszę się, że już jesteś- podszedł do mnie i musnął ustami mój policzek- Jeśli chcesz, to możesz iść się przebrać. Za niecałe dwadzieścia minut podam kolację. Będzie super- uniósł w górę kciuk i uśmiechnął się bezosobowo- Założę się o każde pieniądze, że będzie ci smakowało.

Posłusznie poszedłem na górę, by spełnić jego polecenie. To, że powiedział „jeśli chcesz”, nic nie znaczyło. Wojciech często chował rozkaz pod pozorem rady, a ja żyłem z nim wystarczająco długo, by wiedzieć co i jak. Na miejscu zrozumiałem, że się nie pomyliłem- na sypialnianym łóżku leżały wcześniej przygotowane ubrania, które niewiele różniły się od jego stroju. Szorty, podkoszulek, paseczek.

Schodziłem na dół tak powoli jak się tylko dało. W tym momencie rozumiałem jak się czuła idąca na ścięcie Maria Antonina- rozumiałem, bo czułem się dokładnie tak samo. Oto kończyło się moje zwykłe, normalne życie i miałem wkroczyć do krainy wiecznej niepewności, gdzie każde kichnięcie czy kaszlnięcie, będzie dla mnie stanowiło potencjalny wyrok śmierci.

-Śliczności!- powiedział na mój widok Wojtek i zaklaskał samymi palcami- Jako, że wszystko już gotowe, zapraszam do stołu. Usiądź wygodnie, a ja przyniosę wino.

I nagle, w jednym momencie narósł we mnie bunt.

Ja nie chciałem być chory, nie chciałem umierać! Dlaczego nic nie mogło być normalnie? Faktem było, że go kochałem i rzeczywiście zrobiłbym dla niego wszystko, ale czy miał prawo żądać mojego życia? Poważne choroby są dla ludzi jednym wielkim upodleniem- wiem dobrze, bo na co dzień to widywałem. Jeśli więc z racji zarażenia on miał być upodlony to kto się nim zaopiekuje jak nie ja? Wojtek nigdy się przy mnie nie zbadał, ale mnie to nie przeszkadzało, bo wiedziałem jedno- Widerson nie kłamał. Nigdy nie powiedziałby nieprawdy. Miał jednak rzadki talent mówienia w taki sposób, że człowiek potem musiał długo zgadywać, o co naprawdę mu chodziło i być może jedynie to mi w nim przeszkadzało.

Rebelia rozlała się po moich żyłach niczym wysokogatunkowa wódka.

Musiałem coś zrobić, by uniknąć złego losu. Musiałem się ratować, ale skąd miałem wiedzieć jak? Wojtek wspominał o „alternatywnym” sposobie zarażenia, a skoro nie zakaziłem się przez seks, to jak miał zamiar to zrobić? Napluć mi do cebulowej zupy?

-Avignonesi Capannelle 50&50 Toscana- powiedział Wojciech, a ja aż podskoczyłem- Wspaniałe czerwone wino, w sam raz na specjalną okazję- pochylił się nad stołem i napełnił mój kieliszek.

Manewrował butelką tak zręcznie, że ani jedna kropla nie spadła na biały, niczym chrystusowy całun, obrus.

-Spróbuj- powiedział, a w jego oczach było czyste rozbawienie- 600 złotych za butelkę, więc na pewno będzie dobre.

Czerwone wino, czerwona krew… Butelkę przyniósł już odkorkowaną; może zmieszał krew z winem? Może tak to wymyślił? Być może to jest jego słynna „alternatywa”?- zapytał rozsądek- Nie wolno ci pić ani jeść niczego, co jest czerwone, bo tak najłatwiej ukryć krew! Żeby się zarazić trzeba by ją spożyć nieprzetworzoną. Unikaj czerwieni, a może przeżyjesz!

- A oto i reszta- Wojciech gospodarskim gestem rozłożył dłonie nad parującymi półmiskami- Stek z certyfikowanej wołowiny, lekka sałatka z młodych buraków, białe szparagi w sosie z czerwonego wina, a na deser tarta truskawkowa na lekkim, dietetycznym spodzie. Częstuj się- usiadł i strzepnął białą chusteczką, którą po chwili rozłożył sobie na kolanach- Dziś możesz jeść ile chcesz. Pozwolisz, że pierwszą porcję nałożę ja, bo coś mi mówi, że jesteś na tyle nieuważny, że poplamisz mi obrus, a to z pewnością popsułoby mi humor na resztę wieczora.

Jak powiedział, tak zrobił. Po chwili postawił przede mną talerz z kawałkiem pół krwistego mięsa w towarzystwie równie czerwonych szparagów. Sobie nałożył to samo.

-No i jak ci minął dzień ,co kochanie?- ujął w dłonie sztućce, odkroił kawałek krwawego ochłapu, po czym włożył go do ust, nie przestając się do mnie uśmiechać- U mnie było całkiem znośnie. Wróciłem już po piętnastej; na tyle wcześnie, by zdążyć zorganizować stojące na stole pyszności. Z innych rzeczy to Flo dostał lekkiej wysypki, ale nie uznałem za stosowne by kontaktować się z pediatrą na tym etapie. Moim zdaniem to zwykłe potówki i pomogą kąpiele oraz wzmożona higiena, przynajmniej przez okres upałów. Ale cóż to ma znaczyć?- odłożył widelec i spojrzał na mnie z potępieniem- Ty nie jesz? Czy chcesz, by mnie, choremu, pękło z żalu serce?

Przełknąłem ślinę i sięgnąłem po widelec. A więc tak wygląda koniec, takie napisałem sobie epitafium.

„Śmierć w szparagach”. Thriller 18+.

Odkroiłem kawałek i spróbowałem.

- O, jak ślicznie!- Wojciech wyraźnie się ucieszył- Mięso mięsem, ale spróbuj szparagów. Są wyborne.

A więc tak smakuje śmierć. Krwią, żelazem i krowią dupą. Jak to wołowina.

Obracałem w ustach feralny kawałek, z całej siły markując żucie, podczas gdy całość trzymałem pod językiem.

- Cudowny smak- wybełkotałem- Ale dla mnie trochę mało słone. Podasz sól? Będę wdzięczny.

Był to cwany wybieg, który wymyśliłem na poczekaniu. Na stole soli nie było, miałem więc prawo się upominać i z całą pewnością, nie było to podejrzane.

- Hmm- Wojciech zmarszczył czółko, lekceważąc tym samym wszystkie zasady jogi twarzy- Wiesz doskonale, że jestem przeciwnikiem soli. Nic dobrego nikomu z niej nie przyszło, aczkolwiek dziś, wyjątkowo, daję zgodę na jej użycie. Chwileczkę.

Wstał i odszedł, a ja dokładnie na to liczyłem. Histerycznym ruchem chwyciłem garść stojących w stojaku papierowych chusteczek- załadowałem w nie leżące na moim talerzu mięso, a na koniec splunąłem tym, co do tej pory  międliłem w ustach. Nie miałem jednak czasu, by całość odpowiednio ukryć, a więc z braku laku wcisnąłem ją w kieszeń szortów, bo zwyczajnie nie miałem wyjścia.

- Oto sól. Różowa, himalajska. Tylko nie użyj za dużo, bo choć jest zdrowa, to…- spojrzał na mój talerz i zobaczył pustkę- To… Coś ty zrobił z jedzeniem, hmm? Zjadłeś?- spytał z widocznym niedowierzaniem- Lepiej żebyś zjadł. To wyjątkowy wieczór i nie życzyłbym sobie żadnych pomiędzy nami niedomówień. Nie dziś. A najlepiej nigdy.

Wyglądał pięknie. Przynajmniej z odległości. Obserwacja z bliższego dystansu pozwalała zobaczyć u Wojtka to, czego postronni nie mieli szans dojrzeć. Starą i zblakłą bliznę na ramieniu- pamiątkę po upadku na brony. Nieładny i złowróżbny grymas wąskich ust. Jasne, niebieskawe oczy, nieruchome jak u pytona.

-Zjadłem- huknąłem się w pierś z taką mocą, że echo poszło po salonie- Zjadłem szybko, bo chciałem ci pokazać jak mi smakuje i że cię posłuchałem, bo nie potrzebuję soli! A poza tym zrobiłem to, bo mam wielką ochotę na deser. Ty wiesz jak ja lubię słodkie! Dasz mi ciasta, Ślicznotku?- uśmiechnąłem się przymilnie- Tylko jak już ukroisz to nie tak cienko jak zawsze. Przecież mamy wyjątkową okazję!

Wyraźnie się odprężył- było widać gołym okiem.

- Sam ukrój, ja nie mam do tego głowy- usiadł przy stole i uśmiechnął się słabo- Najważniejsze dopiero przed nami, a wzruszenie jakie czuję z tego powodu, wprost zwala mnie z nóg.

„Najważniejsze przed nami”? Czyli nie zatruł ani mięsa, ani wina, ani nawet pierdolonych szparagów, o burakach nie wspominając. Cały problem musiał leżeć w cieście i dlatego pozwolił mi je kroić.

Poszedłem do kuchni. Ciasto stało tuż obok- niewinnie wyglądający pagórek słodkości, okraszony krwisto czerwoną galaretką. Może i wyglądało normalnie, ale ja wiedziałem swoje- to była moja Nemezis, moja puszka Pandory, źródło wszelkiej możliwej zarazy. Śmierć w bitej śmietanie.

Sięgnąłem po nóż i zapatrzyłem się w jego lśniące ostrze.

Na tym polega moc artefaktów, takich jak garnki, klucze czy noże. Sam metal jest tylko metalem, czyż nie? Ale kiedy nadajemy mu kształt, uczymy go czegoś, prawda? Można powiedzieć, że metal uczy się, czego od niego chcemy. Garnek wie, że ma służyć do gotowania. Klucz rozumie, że jego przeznaczeniem jest otwieranie drzwi. A czego wymagamy od noża? By kroił, czy zabijał?

Upłatałem dwa cienkie kawałki, a ze swojego zrzuciłem całą czerwień. Najwyżej powiem, że zjadłem w kuchni, bo nie mogłem się powstrzymać.

- Już jestem, i powiem ci, że pewnie się obrazisz, ale nie mogłem się powstrzymać i zjadłem połowę już w kuchni…

Wszedłem do salonu i zerknąłem na stół, a kiedy zobaczyłem, to moja dusza zamieniła się w wodę i spłynęła w pięty. Ostatkiem sił utrzymałem niesione w dłoniach talerzyki.

Na uprzątniętym jako tako stole leżał zacisk, mała, sterylnie zapakowana strzykawka, a obok niej igła.

- Co…- odchrząknąłem, gdyż w chwili próby zawiodło mnie własne gardło- Co to na boga jest? Co ty za teatr mi tu serwujesz, co? Chcesz bym pierdolnął na zawał? To wiedz, żeś jest na dobrej ku temu drodze, bo już mi niewiele brakuje.

Wojtek nie skomentował. Zamiast tego sięgnął po zacisk i jednym mocnym ruchem zacisnął go na swym lewym przedramieniu. Ewidentnie przyniósł go od siebie ze szpitala, bo napis na nim głosił: „Lactovaginal- i odzyskujesz intymną równowagę”.

-Nie jestem tu po to, by cię straszyć, a po to, byśmy razem byli już na wieki- odpakował strzykawkę, nałożył igłę i z wielkim znawstwem wbił ją sobie w tętniącą na przegubie żyłę- Mamy jedną grupę i pomyślałem sobie, że najlepszą i najpewniejszą metodą będzie podarowanie ci centymetra mojej krwi, wprost do twojego krwiobiegu. Nie ma pewniejszego sposobu- odłożył strzykawkę i zwolnił zacisk, a do miejsca wkłucia przyłożył watkę- Chodź więc i pokaż mi jak mnie kochasz, Marek. Pokaż mi tak, żebym już na zawsze wiedział. Udowodnij mi, że wiążąc się z tobą do grobowej deski, zrobiłem mądrze i odpowiedzialnie. Pokaż mi, że w biedzie czy bogactwie, zdrowiu czy chorobie, my jesteśmy jednym. Kocham cię i chcę dać ci moją krew, a więc wszystko czym jestem. Daj rękę, Marek. Daj i skosztuj czym jest odpowiedzialność za drugiego człowieka.

Nie ma się czemu dziwić, pomyślałem. Nie ma się co dziwić, że ludzie służyli diabłu i szli z nim w układy. Nie ma się co dziwić, że oddawali cześć złowrogim bóstwom żyjącym w najczarniejszych zakątkach ludzkiego umysłu. Zawsze przychodzi chwila żalu, chwila rozpaczy, gdy się pożąda czegoś, co na zawsze pozostaje dla człowieka niedostępne.

Życie, radość, śmiech. Tylko tyle i aż tyle.

- Nie będzie bolało- Widerson zamontował zacisk na mojej ręce i sięgnął po strzykawkę-  Jeśli chcesz, możesz zamknąć oczy.

Zamknąłem oczy. Oczy, ale nie usta.

- Wojtek, na miłość boską… Co zrobimy jak nas oboje zwolnią z pracy i stracimy uprawnienia? Przecież wiesz, że to kiedyś wyjdzie, bo wszystko kiedyś wychodzi… Z czego będziemy żyli aż do śmierci? Czy wiesz ile miesięcznie wydajemy? W takim tempie do pięćdziesiątki wszystko przejebiemy, a co potem? Myślałeś o tym? Oszczędź choć mnie, bym mógł na ciebie do końca życia robić. Nie dlatego, że cię nie kocham, a dlatego, że mi zależy. Żeby ci nigdy niczego nie brakło.

Poczułem jego oddech na swojej twarzy. Pachniał pomarańczą i miętą. Zawsze pięknie pachniał.

- Nie przejmuj się na zapas- oświadczył optymistycznie i poklepał mnie po ręce w poszukiwaniu żyły- Jak nas wyrzucą to się przebranżowimy… Możemy na przykład prowadzić restaurację typu fast- food, co ty na to? Ludzie będą żarli byle co, a my dzięki temu będziemy bogaci.

W naszej restauracji hamburger deluxe serwujemy z sałatą, pomidorem, majonezem frytkami i AIDS! Czy ktoś ma z tym pierdolony problem?!

Kiedy igła przebiła moją skórę, poczułem zapach deszczu. Autentycznie tak było.

Nie wiem dlaczego, ale przypomniał mi się pewien dzień, kiedy to pojechałem z ojcem do babci Wandy. Miałem coś koło nastu lat, a dookoła panował maj. Pamiętam, że kiedy wysiadłem z samochodu było zaraz po deszczu i to właśnie zapamiętałem. Ten moment zastygł mi w pamięci tak, jak pechowa mucha zastyga w bursztynie- aromat bzu, jaśminu i schnących na gorącym asfalcie kropli.

Dlaczego akurat to mi się przypomniało? Zabijcie mnie, ale nie wiem.

-Już po wszystkim- powiedział Wojtek i w ramach szeroko pojętych oszczędności przyłożył mi swoją watkę- Teraz jesteśmy jednością, w każdy z możliwych sposobów. Witaj w nowym, lepszym świecie.

Poszedłem się położyć, bo wydarzenia tego wieczora kompletnie pozbawiły mnie sił. Wiedziałem, że zanim przyjdzie, minie dobra godzina- Widerson nigdy nie poszedłby spać bez wcześniejszego uprzątnięcia kuchni. Potem dochodził prysznic i obowiązkowe pindrzenie się do lustra, na co też trochę schodziło.

Spałem już, kiedy do mnie dołączył.

- Obudź się Mareczku- pochylił się nade mną i pocałował w czoło- Mam coś dla ciebie; coś co tak bardzo lubisz.

Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że jest prawie nagi, jeśli nie licząc ciemnoniebieskich spodni od piżamy.

- Mam dla ciebie prezent kochanie, ale musisz wstać- chwycił mnie za rękę i pomógł się spionizować- O tak, bardzo dobrze! A teraz coś ci sprezentuję. O, tę tasiemeczkę- położył moją dłoń na spodniach od piżamy, które trzymały się jedynie na rzeczonej tasiemce- Pociągnij za nią. Śmiało.

Pociągnąłem, a spodnie spłynęły z Wojciecha niczym woda, mięciutko układając się wokół kostek. Przymknąłem na moment oczy, bo jego nagość poraziła mnie niczym nagły rozbłysk ostrego światła.

Pachniał morelą i czymś jeszcze. Może miętą, może grapefruitem.

Pocałowałem go i lekko popchnąłem w kierunku stojącej przy oknie komody. Chwilę to trwało, a na koniec rzeczona komoda dość silnie się chybotała.

- Twój entuzjazm pochlebia mi i mocno komplementuje- wydyszał Wojtek i uśmiechnął się do mnie zza ramienia- Ale mamy jeszcze łóżko, wiesz?

 

W kolejnym wpisie poznacie koniec tej historii. Dowiecie się jak zachorowałem, we własnym mniemaniu oczywiście na AIDS, komu i co zapisałem w testamencie i w jakich okolicznościach dowiedziałem się, że będę żył. Zapraszam.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

La Bella Vita

Ludzie bardziej niż odkrycia, że ktoś znajomy właśnie umarł, boją się stwierdzić, że ktoś martwy właśnie ożył.

Może dusza człowieka to nic innego, tylko elektryczne impulsy składające się na jego osobowość, oddzielone od ciała w chwili śmierci, ale wciąż stanowiące jedność, wciąż funkcjonujące jako ludzki umysł? A skoro umysł zawiera również wzorzec ciała, czy nie jest możliwe, że od czasu do czasu ciało ukazuje się w postaci migoczących, niematerialnych, elektrycznych wyładowań?

Umarli mają inne potrzeby niż żyjący; inne pragnienia. Chcą wszystkiego, czego sami nie mają, a ty to masz. Pragną każdego twojego oddechu. Chcą nawet blasku słońca, który zagląda w twoje oczy. Umarli są bardziej zdesperowani, niż możemy przypuszczać.

Czasami człowiekowi wydaje się, że wiatr coś mówi, zwłaszcza w nocy.

Leżałem we własnym łóżku i nasłuchiwałem wyjącego za oknem wiatru. Było nieco po drugiej w nocy, a na dworze trwało istne pandemonium natury- jedna z gwałtownych, letnich burz. Błyskawice siekły niebo z iście piekielnym zacięciem, a nieustający pogłos grzmotu dudnił głucho w moich uszach niczym wóz z ładunkiem pustych trumien. Oderwałem wzrok od sypialnianego okna i przewróciłem się na drugi bok.

Leżał obok mnie. Leżał i spał.

Niezwykle rzadko zdarzało się bym widział go śpiącego. Powód był prozaiczny- miałem w życiu wielki deficyt snu i kiedy mogłem w końcu iść do wyra, to padałem na pysk. Z pewnością nie budziłem się w środku nocy, by głaskać go po głowie, szeptać czułe, miłosne słówka, czy rozpoczynać grę wstępną. Dla mnie noc była od spania, tak jak dupa od srania, a od powyższej reguły nie uznawałem żadnych wyjątków. Sen leczył; sen dawał siłę. Sen resetował mój mózg, dając mi moc przeżycia kolejnego, zwykle ciężkiego, dnia.

Błysnęło, a rude włosy Widersona odpowiedziały łuną pożaru.

Setki, jeśli nie tysiące razy, zastanawiałem się dlaczego jest taki jaki jest. Co go takim stworzyło, jakie ukształtowały go emocje. Bieda? Prawdopodobnie. Nie on pierwszy i nie ostatni, który wszedł z chlewu na obite pluszem salony i zwyczajnie od tego zwariował. Jesteśmy niewolnikami w białych koszulach. Reklamy zmuszają nas do pogoni za samochodami i ciuchami. Wykonujemy prace, których nienawidzimy, aby kupić niepotrzebne nam gówno. Jesteśmy średnimi dziećmi historii. Nie mamy celu ani miejsca. Nie znamy wielkiej wojny, wielkiej depresji. Naszą wielką wojną jest wojna duchowa. Naszą wielką depresją jest życie. Zostaliśmy wychowani w duchu telewizji, wierząc, że pewnego dnia będziemy milionerami, bogami ekranu. Ale tak się nie stanie. Powoli to sobie uświadamiamy. I jesteśmy na ten fakt bardzo, ale to bardzo wkurwieni.

Jaki by nie był, kochałem go. Kochałem i zrobiłbym dla niego wszystko. Jeśli był chory, to też musiałem i przysięgam wam, że chciałem tego z całego serca. Dla mnie nie było życia bez niego. Mogłem pochować żonę, syna, matkę i pierdolonego kota, ale na samą myśl o życiu bez Widersona doznawałem białej gorączki.

Miłość zawsze przynosi ból. Jeśli coś przychodzi bez bólu, to jaką ma wartość?

Kolejnym dniem był czwartek i zapowiadał się iście spektakularnie. Tego dnia, późnego popołudnia, mieliśmy wizytę u lokalnego, krakowskiego notariusza, który to w narzuconym mu odgórnie, szaleńczym wręcz tempie, załatwiał sprawę przepisania domu. Wcześniej odwiedziłem dwóch, którzy się tego nie podjęli, tłumacząc się napiętym grafikiem i niemożnością ogarnięcia tematu w tak krótkim czasie. Radca, na którego padło, był żywym dowodem, że do trzech razy sztuka, a przysłowia po raz kolejny okazały cię całym bogactwem narodu.

Wcześniej, w tej samej sprawie, odwiedziłem swojego najlepszego przyjaciela, Adama, ale spotkanie nie przebiegło po mojej myśli.

Adaś wysłuchał co mam do powiedzenia, po czym zapatrzył się na mnie z intensywnością, której nie powstydziłby się sam Bazyliszek.

-Rozumiem- powiedział wolno i ostrożnie, ważąc słowa aptekarską miarą- Rozumiem twoją motywację Marek, ale pozwól powiedzieć sobie jedną rzecz.

Siedziałem w jego domu, w jego gabinecie, a dookoła panował iście tropikalny upał. Dzień należał do najcieplejszych tamtego lata; ubrany jedynie w podkoszulek i lekkie szorty, czułem się tak, jakby ktoś wsadził mnie do garnka z gotującym rosołem.

- Takiej miłości jak twoja można jedynie zazdrościć i pod tym względem Wojtek jest, a przynajmniej powinien być, bardzo szczęśliwym człowiekiem. Aczkolwiek- złożył dłonie jak do modlitwy i zagapił się na nieokreślony punkt nad moją głową- Miłość miłością, a ekonomia ekonomią. Poczekaj!- powstrzymał mnie, bo widział, że otwieram usta- Nie kłóć się ze mną, a zwyczajnie wysłuchaj. Popatrz coś mi przyniósł- sięgnął po leżącą na biurku teczkę i pobieżnie przejrzał dokumenty- Księga wieczysta, wycena nieruchomości i inne pierdolety, z których jasno wynika, że popełniasz wielki, być może największy w życiu błąd. Działka w takim miejscu, o takiej wielkości, ponad 380- metrowy dom z wyposażeniem, basenem w osobnym budynku- oderwał wzrok od papierów i nareszcie spojrzał mi prosto w oczy- Czy wiesz ile to warte? Wiesz za ile można by to sprzedać? Czy masz świadomość, że jednym podpisem oddasz Wojtkowi coś, co na dzień dzisiejszy jest warte niewyobrażalne dla przeciętnego człowieka pieniądze?

Słońce igrało na stojącym nieopodal okna lustrze, ale moja twarz odcinała się ciemną, rozmazaną plamą. To nie była twarz, a czaszka z pradawnych indiańskich wierzeń. Indyjska, zasuszona dziecięca główka. Krzyk z obrazu Muncha.

- Dlatego w imię naszej przyjaźni wzywam cię do ponownego zastanowienia się nad tematem i nie podejmowania pochopnych decyzji. Jako prawnik odradzam, jako przyjaciel mówię ci, żeś ze szczętem oszalał. Po co mu dom w Krakowie? Przecież i tak tam mieszka, jest zameldowany, i czuje się jak u siebie. Znaj proporcje, Marek. Pomyśl, co powiedziałaby na to twoja matka, która ci przecież ten dom kupiła. To, że nie żyje, nie ma najmniejszego znaczenia. Nawet zmarłemu można złamać serce i ty właśnie to robisz, sprzeniewierzając się jej zamysłowi.

Zerknąłem w lustro i nie ujrzałem własnego odbicia. Może ja już nie żyłem? Tak jak wampiry, które mogą wszystko, oprócz podziwiania siebie samych w tej srebrnej, wypolerowanej tafli.

- A po co tobie dom w Krakowie, co Adasiu?- mówienie przychodziło mi z trudem; czułem się jakbym miał usta pełne suchego piasku- Po co w ogóle ludziom domy w Krakowie? Faktycznie! Wojtek jest pojebany, bo chce takowy mieć! Zamknijmy go w psychiatryku, bo chłopak chce mieć coś na własność! Chcesz, bym ci coś powiedział? Proszę bardzo! Taki z ciebie przyjaciel jak z chuja gwóźdź. Tak, nie przesłyszałeś się! Wy wszyscy potraficie jedynie zazdrościć i ziać nieuzasadnioną w stosunku do niego nienawiścią! Boże!- złapałem się za głowę- Co on wam zrobił, by zasłużyć aż na taki hejt? Albo ja? Po co mówisz mi to wszystko? Ile razy pożyczałem ci pieniądze, gdy cię odcięto nawet od własnej kasy, bo wiedzieli, że wydasz na kokainę? Kto cię dwukrotnie i anonimowo ratował w szpitalu? Kto był przy tobie, gdy na detoksie wyrzygiwałeś własne bebechy? No kto?! Ja, kurwa. Ja byłem. I nie prosiłem o nic w zamian. A kiedy dzieje się tak, że akurat proszę, to ty, zamiast zamknąć ryja i załatwić, pierdolisz mi tu kazania, które są mi do chuja potrzebne! Kocham go, rozumiesz? Kocham go, ty chuju, a twój zaćpany do granic umysł zwyczajnie nie przyjmuje tego do wiadomości!

Mimo wszystko życie jest jedną wielką próbą sił. Nie ma przyjaźni. Moralność i zobowiązania odmierzają pieniądze, nic więcej.

- A zatem wiemy już wszystko- Adam włożył dokumenty do teczki, po czym podał mi ją ponad biurkiem- Rób co chcesz, ale wiedz, że ja do tego ręki nie przyłożę. Znajdź sobie innego prawnika, albo notariusza. Przykro mi.

Spojrzałem na niego, a w moich oczach był jad wszystkich czarnych mamb, jakie kiedykolwiek wylęgły się w pierdolonej Afryce.

-A ty Adam, poszukaj sobie nowego przyjaciela. Przykro mi.

No i było po wszystkim.

Notariusz okazał się być panem w wieku około sześćdziesięciu lat. Ubrany był w w wyświechtaną na łokciach marynarkę, która grubością tkaniny kompletnie nie licowała z panującym na zewnątrz upałem. Całości dopełniały nietwarzowe, rogowe okulary i czerwonawa łysina, pokryta tu i ówdzie plackami łuszczącej się skóry.

- Odczytałem panom całość procedury. W tej chwili pozostały nam już jedynie podpisy. Z momentem podpisania dokumentów, pan- wycelował piórem w siedzącego na krześle Wojciecha- Staje się właścicielem omawianej przez nas nieruchomości, a pan- pióro zmieniło kierunek i spoczęło na mojej skromnej osobie- Traci prawa do dotychczasowej własności. Dom zmienia właściciela na zasadzie darowizny, a że są panowie sobie obcy, obowiązywał będzie trzeci, najwyższy próg podatkowy, ale to już kwestia na potem. Wszystko jasne?- powiódł po nas wzrokiem i podał mi pióro- Zaczniemy więc od pana. Proszę podpisać leżące przed panem dokumenty, a za chwilę będzie po sprawie.

 Myśl, Marek. Jak będziesz podpisywał, myśl o byle czym. Byle tylko nie wypuścić długopisu, byle tylko nie zadrżała ręka! Jeśli to zobaczy, będzie mu przykro, a przecież co ci w końcu zależy?  To tylko dom- trochę cegły, trochę farby, trochę wspomnień. To ten sam budynek, z którego cyklicznie wyrzucałeś na zbity ryj swoją żonę. Pamiętasz, jak wypchnąłeś ją z domu na bosaka? Był styczeń; śnieg, lód i zbliżający się wieczór, a ona w nocnej koszuli i bez butów- boki zrywać! Kazałeś stać jej pod oknem dobre pół godziny, a kiedy ubłagała cię by wejść, jej stopy były prawie niebieskie. Tak niebieskie, jak sińce, które już miała na ciele. Niebieski to twój ulubiony kolor? Teraz to nieważne; kto przejmowałby się takimi rzeczami? Ważne jest tylko to, by jemu było dobrze.  Myśl o byle czym! Kółko graniaste, czterokanciaste; kółko rozsypało się, a my wszyscy bęc!

Podpisałem, a dłoń nie drgnęła mi ani razu. Człowiek zawsze potrafi znaleźć setki wymówek, żeby usprawiedliwić egozim i tchórzostwo, podczas gdy odwaga nie potrzebuje żadnego usprawiedliwienia.

Wieczór, poza ciemnością, przyniósł mi ogromny ból głowy. Jak się okazało, nie tylko.

- Boże! – powiedział Widerson i z rozmachem usiadł na puchatym fotelu- Jestem tak szczęśliwy i odprężony, że sam nie dowierzam temu jak się czuję! A to wszystko dzięki tobie, Mareczku. Mam coś dla ciebie!- klasnął w dłonie jak dziecko- Mam dla ciebie prezent, który na pewno ci się spodoba!

Malaria? Syfilis? A może ebola?

- Proszę. To dla ciebie, i dziś, wyjątkowo, pozwalam ci wypić w całości, bo jest za co!- powiedział, wręczając mi butelkę białego martini.

Tego co się wtedy ze mną działo, nie sposób opisać słowami. Pragnąłem zanieczyścić wszystkie francuskie plaże, których nawet nie znałem. Pragnąłem zabić wszystkie misie panda, które z jakichś tam powodów odmówiły naukowcom kooperacji w rozmnażaniu. Pragnąłem spłonąć żywcem w sierpniowym piecu.

A że się znałem to wiedziałem doskonale, że tym, czego tak naprawdę pragnąłem, był seks.

Z seksem to było u mnie tak, że im większy stres, im bardziej ekstremalna i beznadziejna sytuacja, tym większą miałem chcicę. Kiedy umarł mój nieodżałowany dziadek Franek, to nim trumna spoczęła w ziemi, ja już byłem w drodze do domu, z nieodłącznym Wojciechem, by zrobić to, co w takiej sytuacji było dla mnie równie naturalne co rozpacz- jebać się. Gziłem się w noc po pogrzebie mojego syna i żony. Kiedy w maju 2013 roku pochowałem matkę, przez bite dwa dni, które miałem wolne, nie wychodziłem z łóżka, czcząc jej pamięć najlepiej jak potrafiłem. Seks stawiał mnie na nogi, od nowa mnie budował. Seks dawał mi poczucie, że chociaż kogoś pożegnałem, ktoś odszedł za tę ciężką i czarną kurtynę, to ja ciągle żyję i mam się do kogo przytulić.

Seks daje życie- tak dosłownie, jak w przenośni. Przynajmniej mnie.

- To jak, zrobić ci drinka?- zaświergotał Widerson i zakręcił się po salonie niczym fryga- Z wodą i cytryną; dobrze pamiętam? To idę na dół, zaraz wrócę. Co?- odwrócił się, bo zdołałem złapać go za dłoń- Hmmm? Chcesz jeszcze czegoś? Aaaaa- zaśmiał się gardłowo, bo dotknąłem go w udo- O to chodzi… A wiesz, że możesz się zarazić?- schylił się i przyłożył usta do mojego ucha- Nie pamiętasz już, że jutro mamy uroczystą kolację, na której zaplanowałem to zrobić, ale w inny, alternatywny sposób?

Ugryzłem go w kolano, bo dalej nie dosięgłem.

- Zaraź mnie teraz- rozpiąłem pasek i zsunąłem z siebie dżinsowe szorty- Jakie to ma znaczenie kiedy i jak? Mnie jest wszystko jedno, byle teraz, zaraz. A jak już tak bardzo cenisz sobie ten swój syfilis i nie chcesz się z nim podzielić, to przynieś gumę i też będzie dobrze. Może nie tak dobrze jak bez, ale bez już kwitł, więc nie ma o czym mówić.

Kondom jest współczesnym pantofelkiem Kopciuszka. Zakładasz go, tańczysz całą noc, a potem wyrzucasz. I daj Boże, by nikt cię po nim nie znalazł.

- A więc dobrze- powiedział Wojciech i jednym ruchem zrzucił z siebie biały podkoszulek- Będzie jak chcesz, ale nie tutaj. Chodź pod prysznic- uśmiechnął się, ale nie było w tym wesołości- Połączymy przyjemne z pożytecznym. Ale jutro, pamiętaj! Zrobimy to, co zaplanowałem. Przysięgasz?

Wstałem z łóżka i objąłem go ramieniem. Był wszystkim co miałem; jak mógłbym się nie zgodzić?

- Przysięgam- obiecałem, przyciskając go do ściany- Ale dziś jest dziś i robimy to, co ja zaplanowałem. A z przysięgi cię zwalniam.

Kochałem się, a widmo igrania ze śmiercią dodawało mi niesłychanej wręcz energii.

O zarażeniu, życiu po zarażeniu i okrutnym odkryciu, w kolejnej części.

 

 

 

Krew jak Czekolada

Zawód człowieka determinuje jego charakter.

Profesja, którą sobie obieramy, staje się naszą drugą naturą, a główna trudność polega na tym, by to na co się człowiek zdecydował robić z pasją i wielkim tematowi oddaniem.

Jesteś księgową, to musisz liczyć. Głównie na siebie. Nikt cię bowiem nie zwolni z odpowiedzialności gdy pomylisz odpływy z kasy z odpływami morza, a procenty winny być ci tak bliskie jak alkoholikowi po trzecim detoksie. Jesteś górnikiem, to zapierdalasz na kolanach. Codziennie zjeżdżasz pod ziemię i codziennie modlisz się o to, by dzisiejsza data nie była tą, w której zgromadzony w korytarzach metan zdecyduje się na gromkie obwieszczenie światu swojej obecności. Jesteś kurwą, to ciągniesz. Podobnie jak zestresowany do granic górnik masz wyrąbany przodek i tak samo jak on pożądasz dziennego światła.

Jesteś lekarzem, to jesteś księgową, górnikiem i kurwą w jednym.

Księgową, bo zarabiasz, liczysz i pomnażasz kasę. Małżeństwa lekarzy to nie związki, a mennice, gdzie banknoty spadają z taśmociągów w ilościach hurtowych, wprost do nadstawionych przez chciwe żony worków. Masz w sobie coś z górnika, bo ciężko zapierdalasz. Nikt nie wie i nikogo nie obchodzi to, jak strasznie jebią mnie plecy po dniu spędzonym przy stole, gdzie czas upływa mi na schylaniu się nad delikwentem, poddanym ciężkiemu i rozległemu zabiegowi. Jesteś kurwą, bo większość swojej uwagi koncentrujesz na tym, jak bez mydła wyjebać konkurencję i stać się tym najlepszym, najbardziej pożądanym w swoim fachu.

Jeśli uratowałeś jedno życie, to jesteś bohaterem i dostaniesz dyplom. Jeśli uratowałeś tysiąc istnień, to jesteś lekarzem i dostaniesz chuja w zęby i otręby.

- Bo widzi pan, panie doktorze, tak mi to serce wali, że mam absolutną pewność, że nie dalej jak wczoraj przeszłam zawał. Przeżyłam tylko dlatego, że w porę wyczytałam na googlach o konieczności wzięcia aspiryny i to mnie uratowało. Nic innego. Mąż chciał wzywać karetkę, ale mu nie pozwoliłam. Karetka w niedzielę, pod naszym blokiem? Dopiero byłoby zbiegowisko! Jestem zbyt poważną kobietą, by narażać się na taki cyrk.

Zerknąłem na leżące przede mną wyniki badań i smętnie pokiwałem głową. Siedzące przede mną babsko mogło mieć w życiu wszystko, ale z pewnością nie miało zawału. Ani wczoraj, ani nigdy wcześniej. Zarówno EKG, jak i zrobione przez waszego uniżonego sługę UKG było pozytywne w swoim wydźwięku i obiecywało kobicie długie życie, w zdrowiu, szczęściu i pomyślności, aczkolwiek bez obecności rozumu. Szedłem o każdy zakład, że gdyby prześwietlić jej łeb, w radiologicznym opisie zobaczył bym jedno słowo- pustka. Pustka i echo. Silniejsze niż to w kościele.

Baba chyba też o tym wiedziała, bo postanowiła jebnąć we mnie profilaktyką.

- Bo ja panie doktorze chciałabym skierowanie na tomografię głowy- westchnęła rozdzierająco i przewróciła oczami jak człowiek obserwujący noworoczne fajerwerki- Taką tomografię co to pan wie, wszystko pokaże: guzy, raki, tętniaki i co tam jeszcze w głowie może być. Podejrzewam, ba!, jestem pewna, że całość moich schorzeń ma źródło w głowie, a jak mam to potwierdzić skoro nie mam odpowiedniego skierowania? Zapłacę- obdarzyła mnie powłóczystym spojrzeniem, które mogło uchodzić za seksowne jedynie w oczach wyjątkowego zboczeńca- Zapłacę tyle, ile pan zażąda.

Baba ględziła, ale ja ledwo jej słuchałem. I miałem zajebiście dobry powód dla własnej ignorancji.

Wszystko sprowadzało się do tego, że właśnie tamtego dnia Wojciech miał pofarbować włosy na rudy kolor. Od dwóch tygodni znany był termin tej metamorfozy, a od tygodnia znaliśmy już odcień na jaki Widerson się zdecydował, omawiając rzecz po tysiąckroć ze swoim ulubionym mistrzem fryzjerskim. Fryzjer, o wdzięcznym imieniu Patryk, trzykrotnie przychodził do nas do domu, obładowany różnej maści katalogami i próbkami sztucznych kłaków, a Wojciech siedział na sofie, popijał sok z mango i wybrzydzał na wszystkie odcienie.

Widzę pana w truskawkowym blondzie- przekonywał zdesperowany fryzjer- Nie! Proszę nie zaprzeczać! Tu mam dowód!- wertował opasłą księgę i pukał palcem w ryży kłak- Taki będzie finalny efekt, a przecież chyba o to chodzi! A żeby nie było zbyt jaskrawie, zastosujemy technikę ombre, co da nam przepiękny i naturalny efekt włosów w lekkich pasemkach. Będzie pan zachwycony. Satysfakcja gwarantowana!

I Wojciech się zgodził.

On się zgodził, a ja osłabłem z podniecenia. Dlaczego, zapytacie? Ano dlatego, że miałem w naturze dziwną i trudną do wytłumaczenia skłonność do rudowłosych. Erotycznie stymulująca rudość działała na mnie w sposób wyjątkowy; w połączeniu z piegami i bladą skórą, była gwarancją szybkiego i silnego orgazmu.

Rozumiecie więc, że miałem na co czekać.

-….ja do pana mówię, a pan nie reaguje- babsko podniosło głos niczym operowa diva, przywracając mnie tym samym światu- Da mi pan to skierowanie? Czy jest pan jak te inne konowały, którzy za nic mają umierających pacjentów?

Uśmiechnąłem się uśmiechem, który choć nieco krzywy, wyrażał całą miłość do doczesnego świata.

- Bardzo chciałbym pani pomóc, ale niestety nie jestem w stanie. Jako specjalista nauk kardiologicznych nie mam możliwości wypisania skierowania na tomografię głowy- kłamstwo spłynęło z moich ust tak gładko, jakby nasączono je wcześniej oliwą- A nawet gdybym miał, to niestety nie ma w pani przypadku wskazań do tomografii z kontrastem. O takich rzeczach decyduje radiolog i ewentualnie dany lekarz prowadzący. Kardiologicznie jest pani czysta, z czego zresztą niesłychanie się cieszę, a co za tym idzie nie ma potrzeby by umawiać panią na kolejną wizytę. Jeśli odczuwa pani problemy związane z głową, proszę udać się do neurologa. To by było na tyle.

Na tyle dla mnie, ale nie dla baby.

- Nie da pan skierowania? Dobrze. Ale proszę mnie zapisać na kolejną wizytę, bo chociaż pan mówi jedno to ja wiem swoje. Jestem chora! Chora jak cholera! I chcę się leczyć właśnie u pana! Niech mnie pan zapisze i to powiedzmy najlepiej za jakiś miesiąc- zawierciła się na krześle i znów przewróciła oczami, bo widocznie nic innego w życiu nie potrafiła- Przyjdę za miesiąc i znów mnie pan zbada; może wtedy wyjdzie, że jestem po zawale!

Westchnąłem i spojrzałem na leżący przede mną skoroszyt.

-Dobrze. Skoro pani tak zależy, to zapraszam 20 listopada, powiedzmy na godzinę 16-tą- zmarszczyłem brwi, bo chciałem wyglądać na choć trochę przejętego- Pasuje pani? Zapisać?

-Na listopad?- baba zrezygnowała z pokoju i weszła na wojenną ścieżkę- Przecież mamy początek sierpnia? A co będzie jak nie dożyję?

Tym razem na mnie wypadło przewrócić oczami. Kto wie; może to zaraźliwe?

-To zapiszę panią ołówkiem. Będzie mi łatwiej wymazać, gdyby pani w istocie nie żyła- baba wyraźnie zbladła, a ja nareszcie byłem wolny.

Dom przywitał mnie ciszą i nieodłącznym zapachem czekolady.

Był wielkim paradoksem fakt, że te mury pachniały tym słodkim, kakaowym zapachem, bo czego jak czego, ale czekolady nie jadało się tu nigdy. Aromat był efektem chemicznych zapachów, które Wojciech z lubością wtykał w każdy wolny kontakt twierdząc, że czekolada z kardamonem łagodzi obyczaje, sprowadza spokój, oraz dobrze świadczy o właścicielach przybytku. Jakby nie było- nie czekolada była dziś moim priorytetem. Wiedziałem, że gdzieś tam jest, wiedziałem, że wrócił już od fryzjera. Wiedziałem, że jest rudy i wiedziałem jeszcze jedno.

Że już tylko minuty, a może i sekundy, dzielą mnie od najlepszego seksu jaki miałem w życiu.

Zdjąłem buty i zacząłem powoli wchodzić na górę.

-Wojtek….- odezwałem się na tyle głośno, by usłyszał- Wojtusiu… Zgadnij kto do ciebie, a bardziej po ciebie idzie…Jeden schodek, drugi schodek, trzeci schodek- moje stopy miękko wchodziły w puchaty dywan; gdybym się tak nie darł, podszedłbym go jak pierdolony Indianin- Jestem już na górze…i cię szukam… a jak znajdę… a jak znajdę… to…to…ZJEM!!!- wskoczyłem do sypialni, gdzie spodziewałem się go zastać, ale pomieszczenie było puste.

Obudzony z drzemki kot zmierzył mnie obojętnym spojrzeniem swoich zielonych oczu.

Odwróciłem się i zbiegłem po schodach na dół, wprost do salonu, w którym zwyczajnie musiał być. I był. Był, a ja nareszcie zobaczyłem.

Widerson był rudy.

Rudy klasycznie i naturalnie. Stonowana, jasnordzawa czerwień jego włosów budziła skojarzenia z letnim futrem lisa. Gdyby- byłem o tym absolutnie przekonany- złapać rudego lisa i posadzić obok Wojciecha, oboje okazaliby się umaszczeni tak samo i nie do odróżnienia.

-Boże- powiedziałem i poczułem, że w moich spodniach nie ma już miejsca nawet dla krawieckiej szpilki- Boże, to jest niespotykane. Jesteś piękny, Widerson. Jesteś najpiękniejszym stworzeniem jakie do tej pory chodziło po tej pierdolonej planecie. Jesteś ideałem.

Wojciech poruszył głową i zerknął w moim kierunku. W jego spojrzeniu nie było ani grama wesołości; takie twarze mają nagrobne figury, które na cmentarzach marmurowymi łzami opłakują przedwcześnie zmarłe dzieci.

-Chodź- podszedłem do niego i opadłem na kolana- Chodź ze mną…Nie czekaj, chyba, że chcesz mnie zabić…

Wsadziłem dłoń w jego włosy i przeszedł mnie dreszcz tak silny, że poczułem mdłości. Trzęsłem się z podniecenia- odbierałem go już nie dotykiem, ale elektrycznością. Każdy, nawet najmniejszy włos na moim ciele, przyjął pozycję horyzontalną; zresztą nie tylko włos.

Dusiłem się z podniecenia, dusiłem się z miłości.

- Nie pajacuj, tylko wstawaj- Wojciech wylał na mnie słowny kubeł zimnej wody- Nie czas na idiotyzmy. Coś się stało, a ty musisz się o tym dowiedzieć.

Posłusznie usiadłem, ale nic mi nie przeszło. W tamtym momencie byłem pewien, że to rodzaj gry wstępnej, swoistego droczenia, z którego Wojtek był znany. Coś na zasadzie: ” Wejdziesz do raju, ale wcześniej zaliczysz czyściec”.

-Wspominałem ci, że zamierzam zrobić sobie dosyć dokładne badania krwi; precyzyjnie takie, jak robię sobie co pół roku…

Umilkł, a zapadła nagle cisza oblepiła mnie niczym mokry i brudny koc.

-Wyniki odebrałem jakiś czas temu i nie byłoby w nich nic sensacyjnego, może poza jedną sprawą. Dokładnie tym- sięgnął do kieszeni koszuli i podał mi nieco sfatygowaną wyglądem karteczkę- Zapoznaj się jeśli łaska. Zapoznaj, ale zachowaj spokój.

Sięgnąłem po papier z lekkim ociąganiem; tak jakby to była zwinięta w kłębek kobra, a nie zwykły świstek. Świadomy byłem, że w życiu jak na poczcie, nawet bardzo paskudne rzeczy doręczane bywają w całkiem niepozornych opakowaniach, ale modliłem się by to nie był ten moment. Nie chciałem wiedzieć, nie chciałem widzieć. Czy nie dość miałem chorób w szpitalu, by katowano mnie nimi we własnych czterech kątach?

Zerknąłem na papier. Zerknąłem i wybuchłem śmiechem.

- Proszę cię- śmiałem się tak mocno, że po twarzy pociekły mi autentyczne łzy- Co ty mi tu pokazujesz? To jakiś żart, pierdolone jasełka? Chciałeś mnie nabrać? Boże!- otarłem oczy i usiłowałem zebrać się na powagę- A ja się martwiłem, żeś rzeczywiście jest chory! Niezły dowcip, Widerson- wycelowałem w niego palec i pogroziłem jej Wysokości Rudości- Całkiem przyzwoity! Oboje wiemy, że testy ELISA są chuja warte i co drugi wychodzi dodatni. Ile kurwa razy to już widziałem? ELISA potrafi wyjść pozytywna u pięćdziesięcioletniej dziewicy, więc nie ma w ogóle o czym wspominać! Chodź no tutaj koleżko- złapałem go za ramiona i popchnąłem na sofę- Chodź zdechlaczku i zrób mi to, co najlepiej ci wychodzi.

Kartka z laboratoryjnym potwierdzeniem obecności wirusa HIV opadła na dywan- niemy świadek średniego w swojej klasie porno.

- Zdajesz się nie rozumieć powagi sytuacji- Wojciech rozpaczliwie próbował odzyskać godność naciągając na powrót majtki na dupę, ale z mizernym skutkiem- Zejdź ze mnie, a pokażę ci coś jeszcze. No zejdź!- załomotał w moją pierś piąstkami, niczym dziewczynka próbująca pozbyć się leżącego na niej pedofila- Złaź natychmiast, ty zboczeńcu. Aaaa! Cholera jasna; przestań mnie gryźć i zobacz na to!- sięgnął ręką do wiszących już u kolan spodni i wyciągnął z nich kolejną kartkę- To potwierdzenie tamtej diagnozy. Czy rozumiesz teraz co się stało? Czy rozumiesz, że jestem śmiertelnie chory?

Przetoczyłem się na plecy i wziąłem do ręki wynik. Testem, który pokazał mi Widerson był tak zwany Western blot- metoda, pozwalająca potwierdzić nosicielstwo wirusa HIV w 100%. O ile wynik wcześniejszego testu mogłem i słusznie uznawałem za kłamliwy, to tego co trzymałem w rękach nie sposób było zlekceważyć.

Był 7 sierpnia 2014 roku, a ja trzymałem w dłoni wyrok śmierci na coś, co kochałem najbardziej na świecie.

Niebo zatrzęsło się w posadach, gwiazdy zgasły, a wąż zatopił zęby we własnym ogonie. Do mojego domu znów zawitała śmierć- na razie ubrana w woalkę, ale przez to nie mniej niebezpieczna.

- To jest kurwa absolutnie niemożliwe. To jeden wielki pierdolony błąd!- wstałem i jednym ruchem zmiotłem wszystko co stało na sąsiadującym ze mną stoliku- Jesteśmy lekarzami, zabiegowcami, jesteśmy cyklicznie badani; skąd więc niby masz ten syf?! Sypiasz z kimś na boku?- spojrzałem na niego i zobaczyłem jak kręci głową w niemym zaprzeczeniu- Ja też nie. Niecały miesiąc temu miałem robione badania i co? Gówno, Widerson, a na HIV też miałem robione. I wiesz co ci powiem? Jakim kurwa cudem skoroś jest chory, ja nie jestem? Przecież sypiamy ze sobą codziennie, czasem nawet parę razy dziennie, więc jak to kurwa jest możliwe, pytam się? Dlaczego ja jestem czysty, a ty chory?! O co tutaj kurwa chodzi?

Wyczerpany, opadłem na fotel. Spociłem się, choć nie robiłem nic, jeśli nie liczyć rzucania kurwami.

Podszedł, bez słów pocałował mnie w policzek. Pachniał lekami i szpitalną dezynfekcją- to był zły, wredny, odpychający, chory zapach. Zapach, w którym był strach.

-Kochanie- powiedział, a w jego głosie była miękkość najczystszego, chińskiego jedwabiu- Wiem, że jesteś załamany i martwisz się moją chorobą, ale przysięgam ci, że ja już wszystko obmyśliłem i wiem jak dalej musimy postąpić. Wiesz dobrze, że nigdy nie chciałem dla ciebie źle, a cokolwiek w życiu robiłem, robiłem dla ciebie. Nie mam pojęcia gdzie się zaraziłem- powiedział tak lekko, jakby mówił o piknikowych planach, a nie o czekającym go w bliskiej perspektywie, wyborze trumny- Nie wiem i wiedzieć nie chcę. Obiecać ci mogę jedno- będzie dobrze.

Przytaknąłem, głownie po to, by go nie denerwować, bo w to, że będzie dobrze nie wierzyłem nawet przez jedną pierdoloną sekundę. Nie byłem fatalistą i zdawałem sobie sprawę, że od zakażenia HIV do pełnoobjawowego AIDS droga jest daleka, co nie umniejszało mojego życiowego dramatu. Co ciekawe, ja zupełnie nie myślałem wtedy jak on się zaraził. Mój umęczony do granic umysł wybrał najprostszą ze ścieżek, a reszta neuronów temu przytaknęła. Widocznie stało się to w pracy, podczas obsługi jakiejś zakażonej i zabrudzonej syfem pizdy- nie takie już rzeczy widział ten świat. A może ktoś na niego kaszlnął, smarknął, pierdnął, kichnął, prychnął- któż to kurwa do końca wiedział, jak taka franca się przenosi? W średniowieczu wierzono, że dżumę przenoszą demony, a nie szczury i pierdolone wszy; dlaczegóż z AIDS miałoby być inaczej?

Zrobiłem własny test. Cztery długie i pozbawione snu dni czekałem na wynik z Western blot, a kiedy go odebrałem poczułem się jeszcze gorzej.

Test wykluczył moje nosicielstwo. Byłem czysty. Czysty jak wysokogatunkowa wódka.

Tamtego dnia wracałem do domu, a moje serce było ciężkie od smutku. Wiedziałem, że muszę o tym powiedzieć Widersonowi i wiedziałem, że muszę go zapewnić o tym, że pomimo choroby ja nigdy go nie opuszczę, nasze relacje się nie zmienią i dalej będzie tak samo. Podówczas był już na świecie nasz syn Flo; miał wtedy cztery miesiące i nic nie wiedział o targającym jego ojca dramacie. Bardzo mocno zdawałem sobie sprawę, że należy Wojciecha uspokoić na tyle, by wiedział, że cokolwiek się z nim w przyszłości nie stanie, Florek będzie miał dobre, dostatnie i spokojne życie. Od tego byłem, bo też byłem ojcem.

Wszedłem  do domu i cicho zamknąłem za sobą drzwi. Kot miękko zeskoczył ze stojącego w korytarzu fotela i fałszywie otarł się o moje stopy. Pogłaskałem go machinalnie, bo tak wypadało. Odpowiedział równie machinalnym mruczeniem z urzędu. Jego skośne, zielone oczy wyrażały bezmiar obojętności.

Zastałem go siedzącego na opasłym fotelu w naszej sypialni, popijającego białą herbatkę i wertującego branżowe czasopismo o chorych pizdach.

- Wojtek- usiadłem obok i spuściłem wzrok na stopy- Test odebrałem. Jestem czysty. W związku z tym chciałem ci powiedzieć, że nie masz żadnych powodów do zmartwień, bo ja cię będę w chorobie wspierał, nigdy nie zostawię, a Flo zawsze będzie miał opiekę i wszystko co trzeba. Przysięgam!- opadłem przed nim na kolana i pocałowałem w piegowatą dłoń- Słyszysz?! Przysięgam ci to! Twój los jest moim losem i wiedz, że przeklinam moment, w którym jakaś kurwa cię tym świństwem zaraziła. Gdybym personalnie wiedział kto i jak, to bym skurwysyna zajebał, a nie pozwolił chodzić między dobrymi ludźmi. Wiesz, że moje deklaracje są szczere i prawdziwe, bo znasz mnie na wylot i…

Wojciech wyszczerzył zęby w nieładnym uśmiechu.

Uśmiechu każącym myśleć o skolopendrach, przeciskających się przez szpary pod drzwiami. O białych robakach wijących się w padlinie. O rozkopanych grobach. O tłustych, końskich muchach poruszających nóżkami w talerzu rosołu.

- To fantastyczne co mówisz i kocham cię za to jeszcze mocniej- powiedział przymilnie, aczkolwiek ton jego głosu sugerował nadchodzącą burzę- Ale wspominałem ci, że ja już wszystko obmyśliłem i zaraz poznasz szczegóły. Może herbatki?- wskazał wypielęgnowanym paluszkiem na porcelanowy dzbanek- Nie? To przejdźmy do rzeczy.

Przytuliłem się do jego kolan, bo co mi pozostało? Kiedyś, na jednym z krakowskich grobów zobaczyłem napis: „Nie przychodź odwiedzać mnie po śmierci. Potrzebowałem cię, gdy żyłem” i dopiero teraz zdałem sobie sprawę z prawdziwości tych słów.

- Pierwszą i najważniejszą rzeczą jest to że, jak słusznie wspomniałeś, należy zabezpieczyć Flo i ja życzę sobie, by nastąpiło to natychmiast. Nigdy nie wiadomo kiedy rozwinie się u mnie choroba, a jak już się rozwinie, to nie będę miał głowy na pilnowanie takich rzeczy- zerknął w wiszące na ścianie lusterko i poprawił niesforny kosmyk- Dlatego życzeniem moim jest, byś w trybie natychmiastowym udał się do notariusza i przepisał na mnie dom. Wiesz doskonale, że kiedy umrę Florian odziedziczy dom z urzędu, a ja nie będę musiał przewracać się w grobie. Dom, działka i 70% oszczędności i lokat dla Flo, a wtedy mogę spokojnie odejść. Zrozumiałeś?- w jego głosie dał się słyszeć zgrzyt lodowej kry trącej o żelazo- To twoje najważniejsze zadanie. Zadanie na teraz.

Usiadłem na podłodze i spojrzałem wprost w jego zimne, niebieskie oczy. Musiałem wyglądać jak wielki znak zapytania, bo po chwili niejakiej Widerson parsknął i kontynuował swój wywód.

- Drugim, nie mniej ważnym krokiem, będzie to, że pójdziesz do sądu i złożysz pozew o zaprzeczenie ojcostwa w stosunku do Szymona. Gdybyś dziś przepisał na mnie dom, to formalnie Szymon miałby coś do powiedzenia, dziedziczenia, a kiedy sąd rozpatrzy sprawę i ojcostwo zostanie odrzucone, wtedy już nie będzie kto miał podważyć testamentu i wszystko odbędzie się zgodnie z prawem. Procedura jest więc jasna; najpierw przepisujesz dom, sprawa z Szymonem się toczy, a potem już będzie przepięknie. Tylko nie miej wyrzutów sumienia!- pogroził mi wypielęgnowanym paluszkiem- Nie w stosunku do dziecka kobiety, która zamordowała twojego jedynaka!

Ukryłem twarz w dłoniach, bo cóż mi pozostało? Nie odmawia się umierającemu. Nie odmawia się osobie, której widmo śmierci zmąciło percepcję.

- A co to z tobą jest, Kochanie?- pochylił się nade mną i cmoknął mnie w czoło- Przecież wiesz, że to jedynie kosmetyczne zmiany. Jakie ma znaczenie, kto z nas wpisany jest w księgę wieczystą, skoro jest to nasz wspólny dom, a my jesteśmy rodziną? Jakie znaczenie ma fakt, że zaprzeczysz ojcostwa w stosunku do Szymona, skoro i tak będzie się dalej z nami chował? Ja ze swojej strony obiecuję ci, że będę go zawsze szanował na tyle, na ile trzeba szanować sierotę. W stosunku do niego deklaruję daleko posunięty kompromis i przysięgam ci, że nie będę mu utrudniał wizyt w naszym domu.

Z doświadczenia wiedziałem, że deklaracje Widersona można było umieścić w tej samej przegródce, co twierdzenia: mój piesek nie gryzie, mój synek to dobry chłopiec, ten bigos jest świeży, pieniądze oddam najdalej pojutrze, na sercu leży mi wyłącznie twoje dobro oraz odpowiesz tylko na kilka pytań i zaraz cię zwolnimy. Wojciech nienawidził Szymona tak, że chyba bardziej się nie dało i nigdy w życiu nie tolerowałby go we własnym domu.

-Wojtuś- wziąłem jego dłoń i przyłożyłem sobie do policzka- Ja wiem, że ty chcesz dobrze, ale czy wziąłeś pod uwagę, że przecież to ja będę wychowywał Florka jakby z tobą coś źle poszło? Mówiłem ci, że nie jestem chory, a więc sam rozumiesz, że oddawanie majątku gromadzonego pokoleniami przez moją rodzinę czteromiesięcznemu dziecku jest trochę irracjonalne w swoim wydźwięku. Nie to żebym nie chciał- przytrzymałem jego rękę, bo chciał się wyrwać- Bo i tak wszystko będzie jego, ale teraz? Zaraz? Po co mam się spieszyć? Przecież wiesz doskonale, że możesz mi zaufać.

Widerson wstał. Zadźwięczała klamra paska, a zielony podkoszulek miękko opadł na wezgłowie stojącego obok łóżka.

- Dlaczego teraz, pytasz? Po co masz się spieszyć?- zamruczał miękko i pocałował mnie prosto w usta- Dalej niczego nie rozumiesz? Nie? A to takie proste… Ja jestem chory, to i ty musisz być…- sięgnął dłonią w głąb moich spodni i zacisnął na mnie dłoń- Jeśli zachoruję to ty też, jeśli umrę, to razem z tobą… Nie bój się- spojrzał na mnie, a w jego wzroku była obietnica piekielnego żaru- To nie będzie teraz, bo nie tak to wymyśliłem…  Nie zaraziłeś się przez seks, zarazi się ciebie alternatywnie. Dziś mamy wtorek- jego język lizał mnie po twarzy i wciskał się w każdy możliwy zakamarek- W piątek wyprawię dla nas romantyczną kolację, na której to się stanie… Do tego czasu przepiszesz na mnie dom… Przepiszesz?….- pocałunki zmieniły kierunek i podążyły prosto w dół- Przepiszesz?….Sam wiesz, że to dla Flo…Flo…- poczułem jego słodki i ciepły oddech w dole brzucha i nic już nie mogło być inaczej.

Widerson się kochał, a jego rude włosy były jak pożar lasu.

Ciąg dalszy w części drugiej.

Powrót

No i stało się….

Powrócił syn marnotrawny.

Wiem, że nie było mnie wieki. Wiem, że zamilkłem na długo. Wiem, że bardzo, ale to bardzo tęskniłem za pisaniem. To czego nie wiem to fakt, czy jeszcze mam dla kogo pisać- być może dwa miesiące wystarczą, by o człowieku zapomniano? By jego historia, opowiadana mozolnie i z zapałem, rozwiała się niczym dym z jesiennego ogniska?

Bardzo bym tego nie chciał, ale nawet jeśli tak jest, to będę pisał dla samego siebie, bo pewne historie po prostu trzeba opowiedzieć. Tylko wtedy umiem przeżyć je na nowo, tylko wtedy wyciągam z nich jaką taką naukę. Cóż innego ma w życiu sens, jeśli nie ciągłe samodoskonalenie?

Pisanie daje mi moc ożywiania zmarłych.

Moje palce na klawiaturze bawią się we wskrzeszanie przeszłości i idzie mi to całkiem dobrze. Dzięki pisaniu znów ożyje mój syn, moja żona po raz kolejny trzaśnie drzwiami, moja matka pogłaska mnie po głowie, a biedna Joaśka znów nasmarka mi w rękaw.

Pisząc, mam moc Boga. Pisząc, czuję że żyję.

Jeśli więc gdzieś tam, za szklaną kurtyną jest jeszcze ktoś, kto chciałby uczestniczyć w mojej drodze, to niech wie, że jest tu mile widzianym gościem. Niech ten ktoś wie, że wpuszczam go w najgłębsze, najbardziej prywatne zakamarki nie tylko swojego życia, ale przede wszystkim serca.

Czy można ujawnić więcej?

Jeżeli więc tam gdzieś jesteś, Drogi Czytelniku, to wiedz, żeś się doczekał. Wiedz, że możesz być częścią tego, co mnie dotyka.

Jak to zrobić? Zwyczajnie przyjdź, i zacznij czytać od jutra :)

Ratując Dusze

Niedawno napisał do mnie maila pewien ksiądz, który oświadczył, że bardzo chciałby pisać bloga, ale problem w tym, że pisać nie potrafi. Jak to ksiądz. Oświadczył, że strasznie podoba mu się mój styl i zapytał, czy nie miałbym pomysłu na jego twórczość…Pomogłem; co bym miał nie pomóc :) Księże Piotrze- oto moja recepta na targające tobą dylematy. Oto preludium do twojego bloga, które powinno spodobać się wszelkiej maści zwyrodnialcom i zboczeńcom, którymi internet stoi. Tekst ten daruję ci za free, jak na dobrego i żarliwego katolika przystało. Napisanie go zajęło mi nie więcej niż pół godziny, dlatego też proszę nie wnosić pretensji co do stylu.

Alleluja i do przodu!

„Toteż występni nie ostoją się na sądzie, ani grzesznicy- w zgromadzeniu sprawiedliwych, bo Pan uznaje drogę sprawiedliwych, a droga występnych zaginie.”

Księga Psalmów, Ps 1,5-6

Wyszedłem na zewnątrz i odetchnąłem mroźnym powietrzem.

Para buchnęła mi z ust, ale w sumie to nie było się czemu dziwić. Był styczeń, a czego po styczniu można oczekiwać jeśli nie mrozu? Szedłem dobrze udeptaną ścieżynką, a zmarznięty na kość śnieg, wyśpiewywał pod moimi nogami swoje ciche pioseneczki. Zima jako taka nie przerażała mnie w stopniu nawet najmniejszym; będąc 77 rocznikiem zbyt dobrze pamiętałem co ta pora roku potrafi zrobić tak z ludźmi jak i z przyrodą. Kiedyś to były zimy! Jako dziecko wsi dobrze pamiętałem zaspy, które potrafiły swoją wysokością sięgać płotu, zające, które w skrajnym głodzie i totalnej desperacji podchodziły do ogrodu i ogryzały z kory owocowe drzewka, czy strzeliste, wyniosłe, rosnące nad brzegiem rzeki topole, które pod wpływem rozpierającego je mrozu, pękały jak przysłowiowe zapałki.

Nieźle co? A wierzcie mi, że pamięć mam dobrą.

Byłem jedną z trzech osób w seminarium, która nauczyła się Biblii prawie na pamięć. Przynajmniej jeśli chodzi o mój rocznik. O innych to za bardzo nie wiem, bo choć może wam się wydawać, że seminarium sprzyja kolesiostwu i zawieraniu setek nierozerwalnych w przyszłości przyjaźni, to ja, ksiądz Piotr, mówię wam, że wcale tak nie jest. Pod względem przyjaźni, seminarium przypomina bardziej sierociniec- więzi nabywane tam są cienkie, powierzchowne i słabe jak trzydniowe wino. Dobry Pan Bóg z miłości uczynił główną ze wszystkich cnót i na niej to seminarium się opiera. Niestety, wielu kleryków traktuje boską doktrynę zbyt dosłownie, śląc tęskne spojrzenia w stronę swoich pobratymców, niezmiennie licząc na zostanie zauważonym.

Zauważonym i skonsumowanym.

Ci podli gorszyciele, za nic mając sobie słowa Pana naszego, uprawiali obrzydliwy i przeciwny rodzajowi ludzkiemu proceder, który ludzie zwykli nazywać miłością homoseksualną. A przecież zostało powiedziane: „Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego.”

I jak tu się kłócić z Bogiem?

-Księże Piotrze, Księże Piotrze!- zawołał cienki głosik.

A skoro zawołał, to wypadało się odwrócić.

-Księże Piotrze!- wysapała mała, ubrana w czerwoną kurteczkę dziewczynka- Mama mnie z jajkami przysyła. O, niech ksiądz zerknie- otwarła przyniesioną ze sobą reklamówkę, równocześnie wciągając do nosa kilo śpików- Trzydzieści ich tu będzie, a może i całe czterdzieści. Nie wiem, nie pamiętam- zachichotała uroczo, zasłaniając sobie usta dłonią tak, jakby chciała wepchnąć śmiech do środka.

Agatka, bo ta dziewczynka tak właśnie miała na imię, była prześliczną, pulchną dziewięciolatką, która brała aktywny udział w przygotowaniach do Pierwszej Komunii Świętej. Wiem, bo byłem tym, który ją i resztę dzieci do sakramentu przygotowywał. Potrafiła pięknie śpiewać, a „Ave Maria” w jej wykonaniu, nawróciłoby nawet najbardziej zatwardziałego grzesznika.

Uklęknąłem, by zrównać się jako tako z jej twarzą.

-I szłaś po takim mrozie specjalnie po to, by przynieść jajka? Odważna z ciebie dziewczynka!- złapałem ją za nosek i lekko uszczypnąłem- Mały Robaczek, a taki odważny! Nie boi się mrozu, nie boi się nocy, tylko maszeruje przed siebie, zupełnie nie zwracając uwagi na biegające dookoła wilczyska!- zrobiłem groźną minę, a powietrze znów wypełnił perlisty śmiech.

-Nie ma wilków- odpowiedziała przytomnie i w zadumie przygryzła końcówkę blond warkoczyka- Wilki są tylko w bajkach, a poza tym ksiądz wie, że ja mieszkam dwa domy od plebanii, więc nawet gdyby wilki były, to nie zdążyłyby mnie zjeść! A gdzie ksiądz idzie?- utkwiła we mnie spojrzenie wielkich, niebieskich oczu- Do kościoła? Będzie msza?

Faktycznie szedłem do kościoła, aczkolwiek tylko po to, by wyłączyć ogrzewanie. Ale ona nie musiała o tym wiedzieć.

-Nie, Robaczku- wstałem i otrzepałem kolana z zalegającej na sutannie zimnej bieli- Mszy dziś już nie będzie. Była o osiemnastej; nie pamiętasz? Idę tam, by pomodlić się w samotności i poprosić Boga o pomoc w pewnych problemach, które mnie w życiu trapią. A ty na co czekasz, co?- pogroziłem jej palcem i puściłem oko- Szoruj do domu i to w te pędy. Aha! I nie zapomnij pozdrowić wielkiego, złego wilka!- zawołałem za nią, kiedy już odchodziła.

Niby nie wierzyła, a pognała do domu jakby gonił ją sam Szatan. Jej małe nóżki poruszały się z szybkością pałeczek od bębna, umieszczonych w rękach zaprawionego w bojach werblisty. Faktycznie mieszkała niedaleko i stałem tam, odprowadzając ją wzrokiem, póki nie zobaczyłem, że znika za furtką; dopiero wtedy odwróciłem się na pięcie i wszedłem za próg Kościoła.

To było moje miejsce.

Jeżeli ktokolwiek wierzył święcie w Boga, w jego syna Chrystusa, w Biblię i we wszystko co w niej napisano, to z pewnością ja byłem tą osobą. Moja wiara była jak skała i we własnym mniemaniu byłem kolejnym z Apostołów. Zbyt wiele w życiu widziałem, by wątpić w boską obecność- wierzcie lub nie, ale właśnie tak było. Dla mnie Bóg nie był jakimś wydumanym i nienamacalnym bytem. Dla mnie był On kimś, z kim mogłem porozmawiać kiedy tylko chciałem. Kimś, kto dwa razy dziennie udzielał mi zaszczytu próbowania własnej, przetoczonej za nas wszystkich krwi i próbowania własnego, umęczonego do granic możliwości ciała.

Był moim Ojcem, Panem, moją Drogą. Był moim Pasterzem i faktycznie nie brak mi było niczego.

Jak każdy człowiek miałem słabości. To chyba była jedyna cecha, której Bóg zaniedbał przy naszym stworzeniu- jeśli powstaliśmy na Jego obraz i podobieństwo, to skąd w takim razie słabość? Skąd w ludziach liczne wady? Wielokrotnie pytałem o to Pana i choć zwykle w naszych rozmowach odpowiadał mi, i to wcale szybko, na tę zagwozdkę nigdy nie uzyskałem odpowiedzi. Nie umniejszało to jednak w żaden sposób mojej wiary, gdyż wychodziłem ze zrozumiałego założenia, że kto jak kto, ale Bóg, wie co robi pomijając milczeniem moją indagację.

Bóg zawsze ma rację. To ja zadawałem niewłaściwe pytania.

Miałem w życiu sporo szczęścia. Trafiłem na całkiem niezłą plebanię, pod kuratelę całkiem niezłego proboszcza. Był to stary i sterany życiem człowiek, któremu początki Alzheimera zabierały sporo czasu i resztkę wspomnień, ale ja nie mogłem się na niego skarżyć. Dawał mi wolną rękę i za to ceniłem go jak ojca. Dawał mi wolną rękę, co w mojej morderczej i nieustannej walce z siłami zła było wręcz nieodzowne, co sami za chwilę zrozumiecie.

Być może jako pierwszy człowiek na Ziemi, rozumiałem jedną rzecz. Szatan, odwieczny boski antagonista, istniał naprawdę, a ja urodziłem się po to, by z nim walczyć.

I walczyłem. W moim mniemaniu skutecznie.

Jeżeli ktokolwiek z was powie mi, że nigdy w życiu nie widział diabła, to ja mówię, że się myli. Obecność diabła jest tyleż powszechna, co banalna. Czarty są wszędzie. Jak je rozpoznać? Bardzo prosto. Moce piekielne można poznać po blond włosach, słodkich jak wata cukrowa krągłościach, różowych usteczkach i przykrótkich spódniczkach. Noszą wydekoltowane bluzeczki w krzykliwych kolorach, a ich paznokcie zadbane są do granic absurdu.

Diabeł ubiera się u Prady. Nie ja to wymyśliłem.

Kiedy zacząłem swoją pierwszą posługę, a była to parafia rzut beretem od Poznania, to w mig zrozumiałem jedno- większość parafianek przychodziła do Kościoła, by mnie w nim oglądać. Rozumiał to nawet mój ówczesny proboszcz, który szybko powiązał fakty i otwarcie twierdził, że nagły wzrost zainteresowania Kościołem wśród płci pięknej, wiąże się tylko i wyłącznie z tym jak wyglądam, a nie z ingerencji boskiej. Nie skarżył się jednak- co to to nie!- bo gdy chodziłem z tacą, kobiety odznaczały się nagle wyjątkową hojnością i prawie nigdy nie było przypadku, bym słyszał brzęczenie drobnej monety. Gapiły się na mnie jak ciele na malowane wrota i trzepocząc sztucznymi, doklejanymi rzęsami, rzucały po dysze jak leci, a ja uśmiechałem się do nich przyjaźnie, głaszcząc po główkach ich dzieci.

Kiedyś rozebrałem się do naga i stanąłem w łazience przed lustrem, by zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi.

Byłem wysokim, szczupłym, ciemnowłosym mężczyzną. Moje oczy miały zimny, lodowaty kolor; przypominały zamarznięte zimą jezioro. Włosy na piersiach układały się w kształt krzyża, co niebywale mnie cieszyło; czułem się stworzeniem boskim i nie miałem wątpliwości kto kierował momentem mojego poczęcia. Barki były szerokie, a biodra wąskie. Podszedłem do lustra i dotknąłem ust. Palce miałem długie i smukłe- to były dłonie pianisty, a nie księdza. Spojrzałem na twarz. Była podłużna, z niebywale czystymi, regularnymi rysami. Pamiętam jak kiedyś poszedłem do fryzjera i czekając w kolejce kartkowałem gazety. Teraz, patrząc na swoje odbicie, rozumiałem już o co chodzi. Ja po prostu niewiele się różniłem wyglądem od tych wszystkich przystojnych, zadbanych, pokazywanych w gazetach mężczyzn, i stąd brało się moje powodzenie.

Lustro tchnęło Holywoodem, czy tego chciałem, czy nie.

Jakiś rok temu, na krótko przed przeniesieniem mnie na obecną parafię, siedziałem samotnie na ławce w parku i siedząc, modliłem się do Boga. Chciałem, by mi powiedział co mam robić, jak działać, by w nowym miejscu być skutecznym w głoszeniu Słowa bożego. Było we mnie tyle pasji, tyle nadziei! Byłem narzędziem w rękach Pana i to On miał pokierować moimi krokami.

I pokierował.

Zobaczyłem nieopodal stado gołębi. Siedziały na ścieżce, z zapamiętaniem godnym lepszej sprawy, dziobiąc pozostawione przez dzieci okruszki. Jeden z gołębi był biały i wyraźnie odstawał od stada. Nie jadł; po prostu siedział. Po chwili drogą przeszła młoda dziewczyna; jej pośladki opinały ciemnogranatowe i obcisłe dżinsy, a bluzka była niewiele lepsza. Ptaki odleciały. Wszystkie, oprócz białego.

Spłynęła na mnie wiedza.

Bóg chciał, bym był tak jak ten biały gołąb- choćby inni się bili, drapali pazurami i wyrywali sobie co lepsze kąski, ja miałem pozostać bez skazy i być ponad to. Miałem być jego biczem- batem na wszelkie wszeteczeństwo obecnego świata. Miałem walczyć z diabłem, który był kobietą. Młodą, obcisło ubraną kobietą. Szatan mógł zwieść każdego, ale nie mnie, gdyż Bóg pokazał mi ścieżkę, którą od tamtego momentu miałem podążać aż do śmierci. Pan dał mi misję, zsyłając mi białą gołębicę.

Na walkę z siłami zła rezerwowałem zwykle piątkowe i sobotnie wieczory, bo tylko wtedy miałem czas i mogłem się urwać z plebanii bez specjalnych konsekwencji. Przebierałem się w normalne ubrania; brałem dżinsy, koszulę lub podkoszulek, niezobowiązującą kurtkę i portfel, bo to na niego Szatan był szczególnie wyczulony. Wsiadałem w samochód i jechałem siedemnaście kilometrów dalej, do pierwszego dużego miasta jakie miałem po drodze. Zostawiałem auto na strzeżonym parkingu i szedłem do wybranego wcześniej z internetu klubu.

Gdy już byłem w środku, to rzeczy praktycznie działy się same.

Diabłów było tam co niemiara. Wyczuwałem ich iskrzącą erotyzmem obecność, bo choć nie pachniały siarką, a słodkimi jak cukierki perfumami, to ja doskonale wiedziałem z kim, a raczej z czym, mam do czynienia i miałem odpowiednie narzędzia, by sobie z problemem poradzić.

Siadałem przy barze i to wystarczało; diabeł zwykle przysiadał się sam, a ja kupowałem mu coś do picia, by choć na chwilę ugasić płonący w jego trzewiach ogień. Ja, jeśli już piłem, to jedno piwo. Potrafiłem przy jednym, marnym, małym piwie przesiedzieć cały wieczór, a i tak pod koniec szklanka była do połowy pełna. Dla mnie alkohol był wizytówką Szatana- dlatego też dawałem diabłom to, co lubiły najbardziej.

Potem było już z górki.

Diabeł brał mnie za rękę i prowadził do jedynego i zamykanego na solidną zasuwkę kibla, a tam podciągał kusą jak on sam spódniczkę, prezentując mi to, czym zwiódł cały świat. Tę małą, różową, ścisłą i śliską szparę, dla której królowie wywoływali wojny, a dobrzy, bogobojni mężowie, sprzeniewierzali się swoim ślubnym żonom.

Sadzałem diabła na umywalce, a jego nogi rozszerzały się, na podobieństwo Morza Czerwonego, które ustąpiło przed Mojżeszem.

-Och tak, tak, tak!- Zły wił się na umywalce i kusił mnie kołysząc jednostajnie biodrami, ale kim ja byłem, bym miał pozwolić się zwieść? Nawet w takim momencie był ze mną Pan, a moja wiara była niezłomna i twarda jak ja sam.

Tam na dole.

Klękałem między szatańskimi kończynami i dotykałem ustami tego kielichu, który w swojej męce ofiarował mi Pan. Zawsze, niezmiennie, do końca Go prosiłem, by oddalił ode mnie ten kielich; na takich dywagacjach schodziła mi cała droga do kibla. Skoro On sam ustanowił celibat, to nie było o czym dyskutować. A jednak w takich momentach czułem się z tego obowiązku zwolniony, bo nigdzie nie widziałem znaku. To mogło być cokolwiek.

Ale Bóg milczał. A skoro milczał, to miałem zielone światło.

Penetrowałem językiem te śliskie i kapiące od wewnętrznej gorączki słodkości, a Diabeł spazmował i wił się w piekielnych konwulsjach. Gryzłem go po udach i znów tam wracałem, w momentach krytycznych pomagając sobie serdecznym palcem, co sądząc po reakcjach, bardzo diabłu odpowiadało.

-Powiedz- wstawałem i kładłem Szatanowi dłonie na udach- Powiedz mi jak masz na imię. Wyjaw je, a ja pomogę ci osiągnąć to, coś utracił będąc wypędzonym- dyszałem, równocześnie wpychając w diabła centrum swojego jestestwa.

Diabeł przeciągnął się leniwie i zachichotał. Jak to Diabeł.

-Jestem Andżelika- powiedział słodkim i śpiewnym głosem- A na drugie mam Karolina.

Proszę, jak potrafił oszukiwać. Andżelika, Karolina- któż by w to uwierzył? Na pewno nie ja! Nie od dziś było jasnym, że Zły potrafił przybierać najwymyślniejsze z form, a przemawiał wszystkimi językami ludzi i aniołów, gdyż dobry Pan Bóg nie odebrał mu tej zdolności, czyniąc pracę ludzi takich jak ja o niebo trudniejszą, niżby się komukolwiek wydawało.

-Jesteś Asmodeusz- brałem do ust diabelskiego sutka, który pod dotykiem mojego języka zwinął się niczym pączek młodej róży- Jesteś demonem nieczystości i pożądania; siejesz wieczystą niezgodę pomiędzy mężczyzną, a kobietą, ale ja cię przejrzałem…

Napierałem coraz mocniej i mocniej; tak mocno, że chwilami zdawało mi się, iż wchodzę tam cały. Ten ciasny, umięśniony tunel oblepiał mnie tak, jak lawina oblepia gardło przysypanego nią nieszczęśnika; nie mogłem oddychać, nie mogłem się ruszać, nic nie mogłem. Czerwone konfetti zaczęło latać mi przed oczyma i czułem co za chwilę nastąpi; byłem jednak na tyle przytomny, by wiedzieć, że diabła nie zalewa się od wewnątrz, ale zawsze na zewnątrz.

-Klęknij- komenderowałem, a diabeł posłusznie padał na kolana.

Był to moment, w którym wiedziałem, że wygrałem. Widok Asmodeusza na kolanach- bezcenne! Sprawdziłem się; Pan mógł być ze mnie dumny.

- Czy wyrzekasz się zła i wszystkiego co za nim stoi? Czy wierzysz, że Jezus Chrystus jest synem bożym, który poprzez cierpienie na krzyżu wyzwolił nas wszystkich od przekleństwa prawdziwej śmierci? Czy obiecujesz nie nakłaniać ludzi do złego? I najważniejsze w sumie; czy odchylisz lekko dekolt, bo nie chciałbym ubrudzić ci bluzki?

Diabeł odchylał, a ja robiłem co trzeba.

A teraz klęczałem w zimnym Kościele i prosiłem Boga o radę. Chciałem wiedzieć, czy pragnie bym kontynuował swą walkę; gdyby powiedział „nie”, już nigdy więcej bym się na to nie poważył. To macie jak w banku.

Ze stojących na ołtarzu frezji odpadł jeden kwiat.

-Dziękuję Ci, Panie- wyszeptałem i przeżegnałem się zamaszyście- Dziękuję za to, że jesteś.

Był piątek wieczór, a świat roił się od czyhającego po kątach zła.

Szedłem na plebanię, a śnieg skrzypiał pod moimi nogami.

Krew jak Czekolada

Zawód człowieka determinuje jego charakter.

Profesja, którą sobie obieramy, staje się naszą drugą naturą, a główna trudność polega na tym, by to na co się człowiek zdecydował robić z pasją i wielkim tematowi oddaniem.

Jesteś księgową, to musisz liczyć. Głównie na siebie. Nikt cię bowiem nie zwolni z odpowiedzialności gdy pomylisz odpływy z kasy z odpływami morza, a procenty winny być ci tak bliskie jak alkoholikowi po trzecim detoksie. Jesteś górnikiem, to zapierdalasz na kolanach. Codziennie zjeżdżasz pod ziemię i codziennie modlisz się o to, by dzisiejsza data nie była tą, w której zgromadzony w korytarzach metan zdecyduje się na gromkie obwieszczenie światu swojej obecności. Jesteś kurwą, to ciągniesz. Podobnie jak zestresowany do granic górnik masz wyrąbany przodek i tak samo jak on pożądasz dziennego światła.

Jesteś lekarzem, to jesteś księgową, górnikiem i kurwą w jednym.

Księgową, bo zarabiasz, liczysz i pomnażasz kasę. Małżeństwa lekarzy to nie związki, a mennice, gdzie banknoty spadają z taśmociągów w ilościach hurtowych, wprost do nadstawionych przez chciwe żony worków. Masz w sobie coś z górnika, bo ciężko zapierdalasz. Nikt nie wie i nikogo nie obchodzi to, jak strasznie jebią mnie plecy po dniu spędzonym przy stole, gdzie czas upływa mi na schylaniu się nad delikwentem, poddanym ciężkiemu i rozległemu zabiegowi. Jesteś kurwą, bo większość swojej uwagi koncentrujesz na tym, jak bez mydła wyjebać konkurencję i stać się tym najlepszym, najbardziej pożądanym w swoim fachu.

Jeśli uratowałeś jedno życie, to jesteś bohaterem i dostaniesz dyplom. Jeśli uratowałeś tysiąc istnień, to jesteś lekarzem i dostaniesz chuja w zęby i otręby.

- Bo widzi pan, panie doktorze, tak mi to serce wali, że mam absolutną pewność, że nie dalej jak wczoraj przeszłam zawał. Przeżyłam tylko dlatego, że w porę wyczytałam na googlach o konieczności wzięcia aspiryny i to mnie uratowało. Nic innego. Mąż chciał wzywać karetkę, ale mu nie pozwoliłam. Karetka w niedzielę, pod naszym blokiem? Dopiero byłoby zbiegowisko! Jestem zbyt poważną kobietą, by narażać się na taki cyrk.

Zerknąłem na leżące przede mną wyniki badań i smętnie pokiwałem głową. Siedzące przede mną babsko mogło mieć w życiu wszystko, ale z pewnością nie miało zawału. Ani wczoraj, ani nigdy wcześniej. Zarówno EKG, jak i zrobione przez waszego uniżonego sługę UKG było pozytywne w swoim wydźwięku i obiecywało kobicie długie życie, w zdrowiu, szczęściu i pomyślności, aczkolwiek bez obecności rozumu. Szedłem o każdy zakład, że gdyby prześwietlić jej łeb, w radiologicznym opisie zobaczył bym jedno słowo- pustka. Pustka i echo. Silniejsze niż to w kościele.

Baba chyba też o tym wiedziała.

………………………………………………………………………………………………..

No i po wpisie…. Ale czy na pewno?

Wpis jest. Był już nawet tydzień temu, ale zwyczajnie nie miałem czasu by tu przyjść i zrobić co trzeba. Taka praca. Nie ja ją wybierałem.

Do rzeczy jednak.

Piszecie mi w mailach jak bardzo chcecie bym pisał dalej. Martwicie się o mnie, pytacie czy żyję. To bardzo miłe i wzniosłe; doprawdy, jestem pod wrażeniem. Dlaczegóż więc kiedy coś napiszę to wszyscy milczą jak zaklęci? Posłuchajcie mnie dobrze moje dzieci. Coś wam powiem, a że nie zwykłem dwa razy się powtarzać to jest to jedyna okazja na wysłuchanie słów waszego kochanego i jakże mądrego Mareczka. Chcecie bym pisał? Będę. I obiecuję cykliczność. Zrobię to wszystko pod jednym wszakże warunkiem- waszej w tym procesie partycypacji. Czasem czuję się tak jakbym mówił do ściany, a i od niej pewnie dowiedziałbym się więcej niż od was. Tak nie może być; ja nie chcę by tak było. Wasze milczenie zabiło moje pisanie, bo czasu to ja nie miałem nigdy, ale jakoś to ciągnąłem.

Mój Boże! Pamiętam jak wracałem wieczorem do domu; musiałem zjeść, przygotować się na kolejny dzień pracy, spełnić obowiązki męża i sto innych rzeczy, by na samym końcu zasiąść przed blogiem i przelać na internetowy papier to, co akurat grało mi w duszy. Była pierwsza w nocy, ale ja tego nie widziałem. Znów byłem mężem Pauliny, znów byłem na cmentarzu, znów przeżywałem na nowo własną, smutną bądź co bądź, przeszłość. Zatapiałem się w nie mniej smutnej rzeczywistości, a wszystko to robiłem po to, bo wydawało mi się, że pisząc, nie jestem już sam. Że tam, za tą szklaną kurtyną są ludzie, którym na mnie choć trochę zależy.

Serce by mi pękło, gdybym się mylił.

Jeśli więc chcecie dalej uczestniczyć w moim życiu, to mi to powiedzcie. Bądźcie ze mną tu, na tym blogu, piszcie własne opinie. Chciałbym by to miejsce stało się swoistym kącikiem spotkań przyjaciół, którzy choć mają diametralnie różne zdania, to stanowią zwartą grupę, połączoną wspólnym celem. Taka kawiarnia dla wykolejeńców. Bar straceńców. Poczekalnia dla ludzi, którym życie przetrąciło nogi, ale nie zdołało przetrącić kręgosłupa.

Kiedy zobaczę wsparcie, zrozumienie i konstruktywną dyskusję, dostaniecie resztę wpisu.

La Mania

Jeden z moich starych wpisów; ot, dla przypomnienia. Od poniedziałku zapraszam na cykl premier- najpierw przeczytamy wpis o doktorze Wojciechu, który zatytułowałem „Krew jak Czekolada”, a kolejnego dnia wpadniemy do pokoju Jagódki, by zapoznać się ze smutną, ale i optymistyczną „Mamą”. Zasady są takie: premiera w każdy poniedziałek, środę i piątek. Zapraszam wszystkich zainteresowanych.

- Jutro wyjeżdżasz na studia-moja matka ściągnęła okulary i odłożyła je na blat biurka w kolorze ciemnej wiśni, stojącego w gabinecie mojego ojca- Wyjeżdżasz, a my z ojcem chcielibyśmy ci coś powiedzieć.

Był koniec września 1995 roku, a ja siedziałem w rodzinnym, katowickim domu i z uwagą słuchałem mądrych słów moich stwórców. Podejrzewałem, że chcą mi coś odpalić-stąd cały ten ambaras, ale już wtedy miałem tendencję do pomyłek.

- Kiedy będziesz się uczył, spotkasz wiele kobiet-matka przewierciła mnie wzrokiem- I wiele z tych kobiet będzie chciało cię złapać, mój synu. Jesteś przystojny, jesteś bogaty, a kobiety takich szans nie zwykły marnować. Zawołaliśmy cię tu z ojcem, by ci powiedzieć, że masz być odpowiedzialny, i mądrze zarządzać tym, czym los cię przy urodzeniu obdarował. Chcesz spać z kobietami? Śpij, ale rób to odpowiedzialnie. Własne nasienie też sobie trzeba szanować-matka pogroziła mi palcem, a ojciec zerknął z powątpiewaniem; chyba już wtedy miał mnie za łacha i kurwiarza, choć przecież byłem niewinny- Nie wierz nigdy kobiecie, nawet wtedy gdy ci powie, że się zabezpieczyła. A nawet wtedy, to najmniej. Kiedy będziesz na studiach, to szukaj dziewczyn odpowiednio urodzonych i z odpowiednią rodziną. Nie patrz na urodę-matka skrzywiła się tak, jakby wdepnęła w kocie gówno-To jest bez znaczenia. Kiedy skończysz studia to się ożenisz, bo taka jest kolej rzeczy i tego będzie wymagał twój dobry wizerunek. I zapamiętaj sobie, że ta kobieta to ma być ktoś wyjątkowy, bo ja nie po to cię rodziłam 16 godzin, by mi teraz jakaś młodociana dziwka zniszczyła jedyne dziecko! Marian!-wydarła się w stronę ojca-Potwierdź co mówię!

I Marian potwierdził.

Uwierzyłem, co bym miał nie wierzyć. Choć miałem już wtedy lat blisko dziewiętnaście, to jakoś specjalnie do kobiet mnie nie ciągnęło. Nie miałem w zwyczaju jarać się cyckami, oglądać za pięknościami na ulicach, ani wertować sprośnych gazetek. Okryty ciemnością nocy, nie zabawiałem się pod kołdrą z samym sobą; nie to żebym nie miał potrzeby, ale wyczytałem gdzieś, że od tego można oślepnąć, a ja chciałem mieć sokoli wzrok. Wiedziałem co to seks, wiedziałem czym się to konsumuje, ale wtedy nie wiedziałem jeszcze jednego; tego, że seks potrafi człowieka zniszczyć i spalić lepiej, od żywego ognia.

Pojechałem na studia i wyruszyłem na polowanie; nim księżyc dwukrotnie obrócił się na niebie, zrozumiałem jedno-nie było na kogo zastawiać sideł. Panny były biedne i pryszczate, a jedyne koneksje jakie posiadały, to te w składzie wideł i grabi, w powiatowym kółku rolniczym.

Moja matka się nie pomyliła-panny na mój widok szalały, a ja mogłem mieć każdą, łącznie z jedną z napalonych asystentek, która zwykła na mój widok słać powłóczyste spojrzenia i znacząco przygryzać wargi. Zamiast korzystać-uciekałem; coś już tak wtedy czułem, że w tym temacie to ja nie jestem jak inni mężczyźni. Kiedy inni się gzili i lochali, ja się uczyłem. Kiedy reszta testowała atlas anatomii na podstawie badania kobiecego ciała, ja wkuwałem go z opasłej księgi. Kiedy jedna czy druga chciała mnie pocałować, odwracałem głowę, udając że tego nie widzę. Do dziś nie przepadam za całowaniem.

Trwało to czas jakiś, aż się zdecydowałem; poszedłem do łóżka z jakąś tam panną i z gówniarza-teoretyka, stałem się mężczyzną-praktykiem. Jedna, druga, trzecia; wybierałem pobieżnie, gdyż nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Ja się na nich ćwiczyłem; nigdy bym się z nimi nie związał. Dziś cieszę się niezmiernie, że towarzystwo rozjechało się po Polsce i nie mam najmniejszej nawet szansy spotkać pukanych ówcześnie studentek; mogę spać spokojnie, bo oszczędzam sobie mnóstwa wstydu. Do maestrii miałem dopiero dojść, a symfonia moich zdolności miała zostać odegrana dla tej, która przejdzie do finału i zostanie moją żoną.

Czas płynął, a kandydatki jak na lekarstwo; w momencie kiedy pogodziłem się już z tym, że na zawsze pozostanę starym kawalerem, koleje losu drgnęły, przerzucając zwrotnicę przeznaczenia na odpowiedni dla mnie tor.

Odwiedził mnie w Krakowie mój ojciec. Powiedział, że jest przejazdem i chce mnie zabrać na obiad. Poszliśmy do restauracji i zamówiliśmy jedzenie; ojciec siedział w milczeniu i patrzał jak wpierdalam. Patrzał i patrzał, a kiedy się już napatrzał, to powiedział:

- Słuchaj synu-spojrzał na talerz i odłożył widelec- Byłem dziś na spotkaniu ze znajomymi i jeden z lekarzy mówił mi, że jego córka-jedynaczka jak i ty-zaczęła od tego roku studia na germanistyce. Mówiłem mu o tobie, a on powiedział, że może warto byście się poznali. Co ty na to? Widziałem jej zdjęcie, bo mi pokazał; to ładna dziewczyna, powinna ci się spodobać. Ponoć ma chłopaka, ale jej ojciec twierdzi, że to nic poważnego. Za tydzień będzie tutaj-ojciec podsunął mi karteczkę zapisaną nie jego pismem-Na obozie. Zapisz się i jedź za nią. Masz-ojciec położył na stole parę wysoko nominałowych banknotów- Zapłać i jedź. Jeśli ci się uda, połączysz dwie dobre rodziny. Jej ojciec jest bardziej niż zainteresowany tym tematem, wiedz to. Tylko pamiętaj o jednym-ani słowa matce. Czy zrozumiałeś?

Zrozumiałem i pojechałem na misję. Kiedy zobaczyłem jak rozespana i rozczochrana wypełza z namiotu, to pojąłem jedno-albo ona albo nikt.

Jej pozyskanie nie nastręczyło mi specjalnych trudności; poszło łatwo, być może za łatwo, jednak wtedy, nie przywiązywałem do tego żadnej wagi. Kiedy chciałem, potrafiłem być zabawny i uroczy, i wiedziałem że trudno mi się oprzeć. Dowcip, błyskotliwość i stosowny luz, robiły swoje, a ludzie lgnęli do mnie jak muchy do miodu. Tak jak skunks posiada swoje śmierdzące i obsrane gruczoły, tak jak posiadałem charyzmę. Używałem jej równie rzadko co on swojego smrodu, co wcale nie ujmowało faktowi jej posiadania. Była to mordercza broń; smród skunksa kiedyś się rozwiewał, a ja byłem jak rybacki hak-raz wbity w ciało, można wyszarpać już tylko z mięsem i resztką bebechów zakochanej delikwentki.

Zdobyłem ją, ale nie wszystko szło jak trzeba. Nie spodobałem się jej rodzicom; nawet wcześniej chętny tatuś, po obcięciu mnie ze wszystkich stron stracił nagle zapał, a ja zupełnie nie wiedziałem czemu. Sprawa była prosta-byłem bogaty, ale moje pieniądze śmierdziały węglem i krwią poległych na przodku górników. Nie wywodziłem się w prostej linii od Władysława Jagiełły, nie ochrzczono mnie w Wiśle i nie posiadałem apartamentu z widokiem na Wawel. Mój ojciec-choć lekarz wielkich sukcesów-wywodził się z zapadłej i zatęchłej dziury, a matka była jedynie pediatrą. Oni mieli blade cery, a moja była smagła od smogu, który od niepamiętnych czasów, zalegał nad miejscem moich narodzin. Upraszczając-byłem z Katowic, a to była zbrodnia. „To Ślązak”-mówili, a mówiąc krzywili się tak, jakby łyknęli octu. „Córuniu, każ mu powiedzieć coś w ich gwarze, dawno żeśmy się nie śmiali”-szczuli mnie, ale milczałem jak grób.

Już wtedy poprzysiągłem im zemstę, ale nie wiedziałem, ze pójdzie mi aż tak dobrze.

Kiedy poszedłem z nią po raz pierwszy do łóżka, napotkałem opór; nie byłem zbyt biegły w temacie kobiet, ale miałem zakuty cały atlas z anatomii i zrozumiałem jedno-tym co opierało mi się w tym najszczęśliwszym z momentów wcale nie była ona, o nie. Panna była więcej niż chętna; lała się przez ręce, a ja mogłem z niej lepić jak z modeliny. Okoniem stanęło coś innego; leżąc na niej, spojrzałem uważnie i zapytałem:” Mogę?”. Kiedy pozwoliła, zapytałem: „Ale na pewno?” Przytaknęła, a ja pchnąłem; może nie była to najszczęśliwsza z defloracji, ale dramatu też nie było. Trochę krwi, trochę przeprosin i mnóstwo planów na przyszłość.

Ostatni z elementów układanki wpadł na swoje miejsce i nic już nie mogło zatrzymać przeznaczenia.

Miałem pannę, ale i tak najlepiej czułem się ze swoimi kolegami; to z nimi zwykłem spędzać więcej czasu niż z nią. Męskie grono, to było to; już wtedy w jakiś tam sposób lepiej odnajdywałem się w towarzystwie facetów, niż własnej, przyszłej żony.

Lata mijały, a przechodziły dość spokojnie. Zostałem ojcem, miałem dobrą pracę, osiągnąłem stabilizację. No żyć, nie umierać. To była bajka, a ja już wtedy powinienem wiedzieć, że bajki rzadko kiedy dobrze się kończą.

Wydarzenia 2004 roku zmieniły Paulinę na zawsze; było tak, jak gdyby wielka woda zmyła jej rozum i na zawsze pogrzebała go gdzieś w głębinach Oceanu Indyjskiego, a ja już do końca swoich dni miałem dzielić życie z wariatką. Zacząłem uciekać z domu i szlajać się z kolegami. Piliśmy i bawiliśmy się; wolałem to od domowego piekiełka.

Była szalenie-wręcz chorobliwie-zazdrosna; kiedyś poszliśmy na wesele, a ona spoliczkowała tańczącą ze mną żonę znajomego lekarza, zupełnie nie wiedzieć czemu. Hurtowo wydawała pieniądze, kupując same bzdury; potrafiła zrobić rundkę po sklepach i wrócić z piętnastoma parami butów, których nigdy potem nie założyła. Żyła tak, jakby jutra miało nie być, a ja kompletnie nie wiedziałem jak jej pomóc. Jedyny wyjątek stanowiło dziecko, bo o nie dbała zawsze; była bardzo dobrą matką, a jej korba na punkcie jedynego syna, nie miała sobie równych w nowożytnej historii świata. Wielokrotnie myślałem o tym żeby odejść, ale kiedy widziałem jej absolutne i psie przywiązanie, to rezygnowałem; zbyt wiele wtedy miałem do stracenia, i tak se myślałem że jak odpuszczę, to całe przeszłe lata poświęceń, zwyczajnie pójdą na marne.

Żyłem z nią, ale moje frustracja rosła. Tolerowałem jej wybryki i płaciłem za jej błędy własną krwawicą, ale w moich żyłach zamiast krwi, zaczynała płynąć skoncentrowana i zimna agresja, która kiedyś i gdzieś, musiała znaleźć ujście.

I stało się.

Pewnego dnia odebrałem telefon z banku; głos po drugiej stronie z troską poinformował mnie o jakże smutnym i dramatycznym fakcie, przekroczenia przeze mnie limitu kredytowego na karcie, i wezwał do natychmiastowej spłaty zaległej powinności. Opadła mi szczęka i nie tylko ona; ja zupełnie nie wiedziałem co mam odpowiedzieć. Owszem, miałem kartę, ale leżała w domu, a ja nigdy z niej nie korzystałem. Niby po co? Miałem tyle kasy, że nie miałem najmniejszej nawet potrzeby podpierania się pożyczonymi od kogokolwiek pieniędzmi, a samą kartę traktowałem jako gadżet, przydatny jedynie przy kupowaniu biletów lotniczych, czy bookowaniu przez internet hoteli. Drżącym głosem odparłem, że będę za godzinę i sprawę wyjaśnię.

I wyjaśniłem; po chuju, ale wyjaśniłem. Najpierw myślałem, że kartę mi skradziono, a może zgubiłem, i ktoś zwyczajnie, jakimś cudem mnie oskubał. Po wizycie w banku nie miałem już żadnych wątpliwości; jeśli ktokolwiek zamachnął się na moje mienie, to była to moja własna, ślubna, pierdolona żona. Karty użyto ośmiokrotnie i wypłacono z niej tyle ile było można; karta nie była obwarowana dziennym limitem wypłat. Ktokolwiek to zrobił znał PIN, a już ja wiedziałem dobrze, kto jest złodziejem.

Pojechałem do domu i wszedłem do salonu; siedziała przy stole i malowała paznokcie. Gotowałem się z wściekłości, ale próbowałem nad sobą zapanować; chciałem by mi zwyczajnie wytłumaczyła, czemu na boga zrobiła to, co zrobiła.

- Słuchaj mnie-przysunąłem sobie krzesło i usiadłem obok- Wracam z banku, a tam powiedzieli mi, że ktoś wyzerował moją kartę kredytową, a wszystko działo się wczoraj; dokładnie wtedy, kiedy byłem w szpitalu. Nie pytam cię po coś to zrobiła, bo liczę że sama mi powiesz; choćby po to, by uchronić się przed rozwodem. Nie pytam skąd miałaś PIN, bo to wiem aż za dobrze; zwyczajnie wygrzebałaś go z mojego biurka-chwyciłem za buteleczkę z lakierem i odsunąłem go z jej zasięgu; zdawała się mnie nie słuchać, a ja gotowałem się coraz mocniej- Nie pytam na co wydałaś blisko 40 tysięcy, bo wiem aż za dobrze, żeś tego nie zrobiła; to zwyczajnie niemożliwe. Niby na co? Na suknie? Tu nie pierdolony Paryż ani Piąta Aleja; mogłaś wydać trochę, ale z pewnością nie wszystko. Dlatego apeluję do ciebie, byś w tej chwili wstała-również wstałem i podszedłem do okna- I przyniosła mi te pieniądze. Muszę jechać do banku i wpłacić je z powrotem. Wstawaj i przynieś pieniądze. I przy okazji nie zapomnij o karcie. Zrób co mówię, a rób szybko; nie waż się testować mojej cierpliwości, bo tej już dla ciebie nie mam. Czyś zrozumiała?

Nie rozumiała. Siedziała bez słowa i malowała paznokcie, przysunąwszy do siebie na powrót buteleczkę z krwistoczerwoną emalią. Podszedłem i złapałem ją za ramię- na razie bez zaciskania palców.

- Kochanie, posłuchaj-ukucnąłem przy niej i wziąłem jej twarz w dłonie-To jest dużo pieniędzy. Wiem, że tego nie rozumiesz, boś nic przecież jeszcze w życiu nie zarobiła, ale wierz mi, tak jest. Te pieniądze trzeba zwrócić, one nigdy nie były moje. W banku powiedziałem, że wrócę za godzinę i sprawę załatwię; nie przedłużaj tego, bo wyjdę na idiotę. Tego chcesz? Chcesz nas puścić z torbami? Ja wiem-pokiwałem głową i spojrzałem na podłogę-Wiem aż za dobrze, że ty tego nie rozumiesz, ale tak się nie robi. Zrobiłaś głupotę, ale ci wybaczam; zobacz, siedzimy sobie i nic się nie dzieje. Oddaj co zabrałaś, a przysięgam ci, że już nigdy więcej nie wrócę do tej sprawy i oboje o tym zapomnimy. Po co pamiętać o takich rzeczach?

Nic. Cisza. I malowanie pierdolonych paznokci.

Wstałem i zacząłem obchodzić pokój; gównie po to by się uspokoić. Ja miałem pieniądze i mogłem to spłacić i bez jej zwrotu, ale sytuacja wymagała wyjaśnienia, bo kwota była niebagatelna. Gdyby chodziło o 4 tysiące, to bym sobie odpuścił, bo kwota byłaby niewarta mojego użerania się. I kiedy tak chodziłem dookoła to nagle zalała mnie wściekłość; ja tyrałem, ona leżała. Ja padałem na pysk po kolejnych nockach, a ona balowała. Ja prosiłem, a ona ignorowała. Czerwona pożoga ogarnęła mój umysł i nic już nie mogło być inaczej.

Stanąłem obok i powiedziałem:

- Nie odzywasz się? Nic mi nie masz do powiedzenia?-utkwiłem w niej spojrzenie- Jesteś absolutnie pewna i stuprocentowo przekonana?-odczekałem chwilę-Dobrze. Jak wolisz. Była marchewka-obwieściłem zimno- A teraz będzie bat.

Złapałem ją za rękę i rzuciłem na ścianę; położyłem jej dłoń na szyi i przycisnąłem do muru. Wprost do jej ucha, wysyczałem:

- Ostrzegam cię po raz ostatni. Oddaj co zabrałaś!-byłem tak blisko, że odurzył mnie zapach jej perfum. To była Noa, a ja nienawidziłem tego zapachu- Tu już nawet nie chodzi o pieniądze, bo te mam w dupie. Tu chodzi o to, że ja muszę wiedzieć, co się dzieje w moim własnym, pierdolonym domu! Kiedyś wrócę i mnie aresztują, bo powiedzą, że napadłem na jebany bank! Co robisz?!-przydusiłem ją jeszcze mocniej-Co ty kurwa robisz?! Kim ty jesteś?! Z kim ja się ożeniłem?! Ja buduję, ty rujnujesz, a tak daleko nie zajedziemy!-poluźniłem zacisk, bo widziałem że próbuje coś powiedzieć.

- Wzięłam-wycharczała z trudem łapiąc powietrze-Wzięłam, bo przecież były nasze! Ty nigdy nie chciałeś z nich korzystać! Czy wiesz, jak pięknie wysypywały się z bankomatu? Całe góry, stosy pieniędzy-uśmiechnęła się ładnie-Pomyślałam, że wezmę i gdzieś sobie za to pojedziemy. Może na Słowację? Chciałbyś?

Oniemiałem. Jej tok rozumowania zwalił mnie z nóg i na dłuższy moment pozbawił oddechu; wiedziałem, że nie żartuje i to chyba było najgorsze. W tym momencie wybuchł mi w głowie atom, a sprawa przybrała przykry obrót.

- Wysypywały się?-wydarłem się i rzuciłem ją na łóżko-Też by ci się wysypały, jakbyś chodziła do pierdolonej pracy!-złapałem ją za szmaty i powlokłem do schodów-To był kredyt do kurwy nędzy. Kredyt! Wiesz co to jest?! Myślisz, że dlaczego tego nie używałem?!Bo mi nie było do niczego potrzebne-wyszarpała się z mojego uścisku, to złapałem ją za włosy i ciągnąłem dalej- Ale ja cię nauczę właściwej gospodarki budżetem domowym-kopnąłem ją, bo nie umiała nadążyć- Już za chwileczkę, już za momencik, na zawsze pojmiesz lekcję, której w swej dobroci udzieli ci twój małżonek-zawlokłem ją do jej garderoby i odsunąłem szafę-Widzisz te szmaty? Widzisz te buty? Powiem ci co zrobimy-zacząłem wyrzucać wszystko jak leci na środek pokoju-Wszystko wyrzucimy. Zostawię ci jedne spodnie i jedną parę butów, byś miała w czym chodzić do pracy na zmywak w McDonaldzie-strzeliłem ją w twarz, bo widziałem że chce zrobić to samo mnie-Dokładnie tak będzie. Nie podnoś na mnie ręki złotko, bo ci uschnie!-pogroziłem jej palcem i sprzedałem lekkiego kopa-Ja na ciebie pracuję, szanuj mnie więc choćby troszeczkę! Wiesz co mnie interesuje?-otwarłem szufladę i przetrząsnąłem zawartość w poszukiwaniu nożyczek-Czemuś nie wypłaciła własnych pieniędzy; tych, które masz od rodziców, co? Myślisz, że moje inaczej szeleszczą? Zapewniam cię, że tak nie jest-znalazłem nożyczki i podszedłem do szafy-A teraz patrz i ucz się! Cóż my tu mamy?-sięgnąłem do szafy i zdarłem z wieszaka pierwszą lepszą kieckę i zerknąłem na metkę-La Mania. Cóż za trafny dobór stroju! Dobierasz ubrania pod swój pierdolec; gratuluję pomysłowości-spojrzałem na nią, jednocześnie wbijając nożyczki w środek zasranej kreacji-La pierdolona Mania! Było i nie ma!-przejechałem otwartymi nożyczkami po środku sukni, nie tyle ją tnąc, co targając-Od teraz jedyna mania w tym domu, to ta w twoim pustym łbie! Jedziemy dalej-złapałem kolejną w kolejności kieckę i znów zerknąłem na metkę-A to już Marc Jacobs. To ktoś ważny?-zapytałem i przedarłem suknię w rękach na pół-Nigdy nie słyszałem. O! To jest ładne-ucieszyłem się na widok zwiewnej, czarnej kreacji-Nie dość, że ładne, to łatwo się podrze….

- Dosyć!-wyryczała w moją stronę-Zostaw to, bo ja tego nie przeżyję! I kto w tym domu marnuje pieniądze?! Czy wiesz ile to kosztowało?-podpełzła na kolanach i przypadła do podartych szmat-Wygrałeś. Pokażę ci gdzie są pieniądze.

Pokazała, a kiedy to się stało to jasno zrozumiałem, że nigdy bym ich nie znalazł. Były schowane w szafce z ręcznikami, a ja siłą rzeczy nigdy tam nie zaglądam. To ona zmieniała ręczniki w łazience, a ja nie miałem potrzeby by ich poszukiwać. Tak po prawdzie, to wcale nie wiedziałem, że mam w domu szafkę z ręcznikami. Aż do teraz.

Przeliczyłem; brakowało 2 tysięcy, ale nie powiedziałem nawet słowa. Oddała mi kartę, a ja odebrałem jej jeszcze tę do naszego konta; od dziś miała posługiwać się jedynie gotówką, którą zostawię jej na blacie.

Pieniądze odwiozłem, wpłaciłem, a z karty kredytowej zrezygnowałem; uraz miał mi pozostać już na zawsze.

Opisany balet jest tylko jednym z wielu, ale ja na wszystko przymykałem oko, tolerowałem i żyłem pod jednym dachem z szaleńcem, wierząc że kiedyś nastanie kres jej La Manii.

Nie doczekałem się.

Mówi się trudno.